Sklep: silnikowe jezdne karoseryjne wnętrze akcesoria
   Cafe

projekt HHO 
Aplikacje klienckie
Prawda o Czarnej Wołdze
Galeria "24"
Rok z "Niebieskim Szerszeniem"
O mnie
Autostrada
Ogłoszenia płatne
Kontakt   
Dla personelu   
Witaj w moim serwisie poświęconym bolidowi GAZ 24 "Wołga", ale nie tylko, bo także znajdziesz tu sporo o mojej pasji, którą są wszelkie pojazdy mechaniczne.
Muszę zaznaczyć na początku, że to, w jaki sposób, sprawniej lub mniej sprawnie, pozwalają one pokonać trasę z punktu A do punktu B raczej średnio mnie interesuje. Natomiast chciałbym powiedzieć trochę na temat jak pozwalają nam afirmować życie, wyrażać siebie, a czasem wręcz stają się częścią nas.
Nazywam się Wojciech Marchaj i mam 24 wiosny na karku. Nie będę Cię zanudzał moim życiorysem, składa się na niego wiele zainteresowań, wiele powołań, które podjąłęm. Dowiesz się o nich pewnie gdzieś w pobliżu. Wyjaśniają one czasem sporo, ale nie o nich chcę tutaj mówić. Powiem tylko, że jestem członkiem klubu motorowego "Apanonar", a od niedawna również jego prezesem. Ukończyłem polibudę, ale nie na kierunku mechanicznym, tylko bardzo ścisłym. Mieszkam we Wrocławiu.
Moja przygoda w świecie zabawek mechanicznych zaczęła się dosyć klasycznie, najpierw miałem rower (deskorolkę pomijam), który bardzo kochałem.
Od małego piąłem się w górę...
W międzyczasie był krótki epizod z żeglarstwem, coś jak mała ucieczka z domu. To było w trzeciej klasie ogólniaka, zobaczyłem kolorowy prospekt z jakimś tropikalnym morzem i jachtem. Pomyślałem: a gdyby tak... cóż właściwie stoi na przeszkodzie... Udałem się gdzie trzeba, wykonałem szereg niezbędnych czynności i zaciągnąłem się na rejs po Morzu Śródziemnym z dziewiątką nieznanych mi osób, nie będąc nigdy wcześniej na morzu. Oni podeszli do tego rzeczowo (byłem świeżo pełnoletni) i za to im dziękuję, a szczególnie kapitanowi, który, jeżeli przeczyta kiedyś te słowa, to niech wie, że dla jego charyzmatycznej osoby, chętnie popłynę z nim jeszcze raz. Zabrali mnie. Matka powiedziała tylko: niech cię Pan Bóg broni! Potem jeszcze te słowa wyrzekła nie raz, ale to był ten bezczelny precedens, gdy miałem własne fundusze i mogłem po prostu powiedzieć "nie" i popłynąć. Po wyspach greckich podróżuje się albo jachtem wynajmując na miejscu motocykl, albo motocyklem wożąc się promem, gdy zachodzi potrzeba. Niektórzy łączą jedno z drugim, wożąc skutery na jachcie.
Na początku były... łodzie.
Tam odkryłem jednoślada tak naprawdę, to znaczy dostrzegłem, że jest w moim zasięgu. I to jest tutaj kluczowe, na to chciałbym Wam zwrócić uwagę: taki przywilej młodości, zaczynamy dostrzega,ć ile to rzeczy jest w naszym zasięgu, ile tak naprawdę możemy zrobić, gdy już nam nikt niczego nie zabrania, a potem to niestety mija, najpierw zabranianie, a potem stopniowo i ta piękna świadomość... Mit "easyridera" to było coś, co mnie wtedy zafascynowało bez reszty...
Żeglowanie to jednak coś zupełnie innego, istniało w końcu dużo wcześniej niż silnik spalinowy, to jakby inna jakość. Jest domeną grupy, mało kto pływa w pojedynkę, krótko mówiąc zależysz od ludzi, z którymi płyniesz. A ja raczej jestem solistą. Poza tym ten wspaniały mit żagla, sił natury przeciw człowiekowi, już się trochę zdewaluował (przynajmniej dla mnie) odkąd dowiedziałem się, że do żadnego cywilizowanego portu nie można wejść na żaglach, w efekcie czego każda większa jednostka i tak ma silnik. To trochę tak, jak jeżdżenie na koniu w kółko, czy wymachiwanie zaślepioną strzelbą. Słowem imitacja, a tą się brzydzę.
Kto zresztą wie, czy kiedyś do tego nie wrócę, ale do jachtu stricte motorowego. Ten cały behawioryzm związany z życiem na statku, który traktuje się jednocześnie jak dom. Swoje królestwo. Odsyłam do stosownej literatury: "Pamiętniki Tatusia Muminka" Tove Jansson. Był tam taki gość, co się zwał Fredrikson. Zaprojektował on sam łódź obserwując (wespół z Tatusiem Muminka, który akurat uciekł z domu dla muminków podrzutków) liście nabite na patyk i zawieszone nad strumieniem! A potem mieli, jak to zwykle bywa, mnóstwo przygód. Zresztą zawsze twierdziłem, że wszystko, co ważne, w "Muminkach" już powiedziano...
Potem motocykle...
Po maturze, gdy powąchałem trochę wolności i w międzyczasie zrobiłem prawo jazdy, kupiłem sobie od razu ciężki motocykl. Nigdy nie katowałem żadnych motorynek, wuesek, komarów, simsonów... Uderzyłem od razu z grubej rury i wsiadłem na kawał solidnego żelaza. Ten epizod w moim życiu jest opisany w "Autostradzie", nie będę się więc tutaj powtarzał. Chcę tylko wyraźnie stwierdzić, że motocykla nie kochałem już miłością dziecięcą, zaborczą. Zresztą i on mnie nie kochał i stroił mi różne fochy, ale w końcu jakoś dotarliśmy się i stworzyli w miarę zgraną parę. Nigdy później nie przywiązałem się już do kawałka metalu, tak jak nie przywiązałem się do niego i jestem z tego rad. Uważam że do niczego nie należy się przywiązywać, gdyż czyni to późniejsze ewentualne rozstanie bolesnym. Taka oczywista niby rzecz. Szczególnie do przedmiotu, bo do człowieka, to jest przynajmniej piękne.
...i inne dziwne pojazdy.
Aż w końcu, to musiało sie stać prędzej czy później, kupiłem sobie samochód. Jaki, to już się pewnie domyślasz! Niektórzy zarzucają mi, że zdradziłem w pewien sposób ten "easyriderowski" ideał wolności, choć nie jest powiedziane, że do niego nie wrócę. Pozwólcie mi coś powiedzieć w tej sprawie.

Motocykl pochodzi od konia, samochód od powozu. Motocykl jest symbolem wolności, samochód symbolem bezpieczeństwa. Jazda motocyklem to afirmacja ruchu, samochodem - gra komputerowa. Do motocykla się przytracza to, co niezbędne. I nic poza tym. Podróżuje się bez bagażu. Na motocyklu się jest, a nie ma. Ma się tylko siebie. Motocykl pozwala na czucie drogi, motocykl nie tłamsi zmysłów. Daje możliwości, a nie ogranicza. To zupełnie inna jakość jazdy. Ale nie ma wnętrza. Samochód natomiast izoluje, daje możliwość odgrodzenia, ucieczki. Można go zamknąć, można w nim zasnąć. Można się schować, można zamieszkać. Tworzy bezpieczną przestrzeń. Jest namiastką domu. Jest namiastką czegoś docelowego, podczas gdy motocykl jest tylko drogą do czegoś, czego jeszcze nie ma. Oba te wynalazki łączą w sobie pewną cechę, dzięki której są mi bliskie. To sublimacja odwiecznej walki człowieka z przyrodą jej przeciwnościami, środek jej okiełznania. W zespoleniu z człowiekiem tworzą duet przez przyrodę respektowany i są jakby tegoż człowieka przedłużeniem. Wszak z jednym zastrzeżeniem. Człowieka, który swoim umysłem kontroluje ich pracę, ciałem upłynnia ich ruch, palcami wyczuwa luzy, kręci pokrętłami, wzrokiem ogarnia wskaźniki, słuchem wyłapuje piski - rozumie ich język i przez nie widzi wnętrze całej maszyny. Rozmawia z jej układami, godzi ich spory, umiejętnie gra na ich naturach. Lecz nie zapomina, że to są tylko przedmioty martwe i nie one są święte tylko ci, którzy je stworzyli, usprawiedliwili ich byt. Są pomostem do czegoś wyższego, są środkiem, a nie celem samym w sobie. Piękne są wtedy, gdy są indywidualne, gdy są na bakier z ergonomią, na bakier z korzyścią. Gdy na ołtarzu stylu złożone zostało ludzkie skąpstwo. Ludzkie trzęsienie się nad przemijającą wartością, ludzkie uwikłanie w nietrwałe. Wielkie, paliwożerne, pełne przestrzeni, bogate w materiał, proste w kształcie, genialne w konstrukcji. Takie są piękne, bo nie są małostkowe. I dlatego są wieczne. Bo niepożałowane. Zgodnie z zasadą "dasz - dostaniesz po trzykroć".

Dlatego zawsze śmieszyły mnie rozmowy w stylu "a ile to wyciąga?", to może nikogo nie zaskoczy, ale jeszcze bardziej "a ile to pali?". Wtedy mam ochotę odpowiedzieć: "tyle, że cię na pewno nie stać" Nigdy też nie fascynowało mnie wyciskanie dodatkowych koników, a póżniej (od samochodu) nadawanie kolejnych połysków. Samochód traktowałem i traktuję użytkowo, choć nie jest to do końca to przemieszczanie się z punktu A do B. I tu trzeba by oddać głos mojej młodzieńczej literackiej fascynacji, Markowi Hłasce, który był przecież kierowcą ciężarówki i to w ciężkich stalinowskich czasach. I taka właśnie pionierka zawsze mnie fascynowała. Był też pilotem w Izraelu, ale temu zagadnieniu chyba poświęcę osobny tekst...
Myślałem sobie nie raz, jeszcze jak miałem motocykl: popatrz, kiedyś musiałeś dreptać, a teraz sobie jedziesz. Czy to nie wspaniałe? I od razu człowiek inaczej patrzył na życie, pogodniej. Wdzięczność. Za to, co się ma. Choć to przecież, wydawałoby się, nic wielkiego. I w takim sensie "dojechanie" było dla mnie radością.
Zawsze przewodziłem, choć różnie bywało...
I czymś jednak nieoczywistym, bo eksploatowałem, jak twierdzili niektórzy "stare trupy". W tym było też coś smakowitego. Ot, mieć sprzęt możliwie nieskomplikowany, żadnej elektroniki, ale taki, który się rozumiało, "słyszało" i potrafiło zawsze zmusić do "gadania". Cóż, może urodziłem się o epokę za późno? Wszak ktoś napisał: "to, że pociąga nas dawne, nie wynika z tego, że współczesny świat nam nie odpowiada, lecz z tego, że to dawny odpowiada naszym środkom wyrazu".
Konstrukcje mechaniczne to fascynujące rzeczy. Fascynujące, bo tchnące prostotą, która jest najwyższą mądrością. Wszystko tu widać, wszystko można zrozumieć patrząc. Podczas gdy cybernetyczne widmo czarnej skrzynki krąży nieustannie nad nami. Tranzystor, procesor, komputer... Też w końcu dla ludzi, ale to jakoś nie to samo...
Jeżeli chciałbyś dzielić ze mną tę (albo być może inną!) pasję, to znajdziesz mnie właśnie w klubie "Apanonar", który skupia wokół siebie takich pasjonatów i do którego Cię serdecznie zapraszam.
... i w końcu musieli zrobić mnie prezesem.
Powered by The Gimp
(c) Wojciech Marchaj 2005