Sklep: silnikowe jezdne karoseryjne wnętrze akcesoria
   Cafe

projekt HHO 
Aplikacje klienckie
Prawda o Czarnej Wołdze
Galeria "24"
Rok z "Niebieskim Szerszeniem"
O mnie
Autostrada
Ogłoszenia płatne
Kontakt   
Dla personelu   
AMERICAN DREAM

AUTOSTRADA

czyli rzecz o mojej motocyklowej wyprawie po Europie

W ostatnim czasie w widoczny sposób lansuje się w mediach książka Ernesto Che Guevary Dzienniki motocyklowe (i samego zresztą Che - idola nastolatków). Jako że książka jest wspomnieniami z jego motocyklowej wyprawy po Ameryce Łacińskiej motocyklem marki Norton, postanowiłem dodać też coś od siebie w tej materii. Zwłaszcza dlatego czuję się do tego uprawniony, że Che jest w tej eskapadzie tylko pasażerem, a czas upływa mu i towarzyszowi głównie na piciu wina i innych pospolitych rozrywkach...

Poniższy tekst jest diariuszem z mojej easy-riderowskiej przygody młodości, dwutygodniowej podróży czterdziestoletnim motocyklem po Europie, którą odbyłem samotnie w 2002 roku. Do tekstu tego - Autostradnika, jak i do samej wyprawy - Autostrady mam pewien zrozumiały sentyment.
Do wyprawy, bo była sublimacją mojego młodzieńczego "buntu", choć była spóźniona o dwa lata z powodów praktycznych. Zaplanowałem ją na "po maturze", ale było to niewykonalne, bo nie miałem żadnego doświadczenia w jakkolwiek pojmowanym motocykliźmie. Ot, na wakacjach '99 powiedziałem sobie: za rok ruszam motocyklem w Europę. Miałem wtedy 18 lat, a byłem bardzo zawzięty. Pracowałem po sześć godzin dziennie, zamiast uczyć się "do matury". Zarobiłem pieniądze, jakich już nigdy później nie udało mi się zarobić, które wprawiały w niepokój nawet moich rodziców, bo mieli bardzo niejasne przesłanki, co chcę z nimi zrobić. Za połowę kupiłem motocykl (co się z tego powodu działo u mnie w domu, to inna historia), reszta miała być na wyprawę. To się wkrótce zmieniło, bo zdecydowałem się na czterdziestoletniego weterana - nie chciałem być nic nie umiejącym zrobić frajerem. Więc reszta pieniędzy poszła na "zrobienie" sprzęta. Rozebrałem wszystko do ostatniej śrubki (na pierwszym roku studiów). Silnik dwa razy, potem jeszcze po roku, bo nie wszystko zrobiłem za pierwszym razem jak należy. Zresztą musiałem jeszcze zarobić na samą wyprawę. Zarobiłem dużo mniej niż się spodziewałem, ale na drugim roku studiów klamka zapadła. Albo teraz, albo nigdy. Przed wyprawą miałem w kieszeni (po odliczeniu wszystkich wydatków) 400 euro, czyli dużo za mało. Paliwo pochłonęło mnie około połowę z tego, jedną czwartą musiałem przeznaczyć na jedzenie, na noclegi prawie już nic nie było. Ale pojechałem. Nawinąłem wtedy dokładnie 3708 kilometrów. Jechałem prawie bez przerwy. W ciągu piętnastu dni, które obejmuje Autostradnik, tylko dwa były siedzeniem na jednym miejscu. To był prawdziwy hardcore, chociaż o mistycznej niemal wymowie. Taki był zresztą cel. Jazda. Chciałem zajechać jak najdalej, mając bardzo skromny zasób środków. Jak wróciłem, to (autentycznie!) nie wiedziałem, czy najpierw jeść, czy spać. Jak kładłem się spać, to mnie ssało, jak siadałem do jedzenia, to powieki mi spadały.
Do tekstu natomiast mam sentyment, bo napisałem go na gorąco, na kolanie, pod murem, na plaży. Pisałem to, co w danej chwili czułem, myślałem sobie. Z początku miałem codziennie wysyłać kartkę do mojego przyjaciela Russinsky'ego, z takąż zawartością, ale wysyłanie codziennie kartek było kłopotliwe, a działo się dużo więcej niż dałoby się upchnąć na tych kartkach, więc spisywałem to sobie samemu, a Russinsky'emu wysyłałem co ciekawsze fragmenty. W tym tekście zawarty jestem ja sam sprzed tych paru lat, ja wyrażający daleko idące, niepokorne, oscylujące za często wokół spraw może zbyt istotnych, sądy, ale wyrażający je zdaniami (często kulejącymi stylistycznie, zgrzytającymi mi teraz jak piasek między zębami) takimi, jakich już teraz nie byłbym w stanie skonstruować. Na przykład to: Polska nie jawi mi się bynajmniej jako raj na ziemi, to smutek ogólnonarodowy, nad brakiem ludzi kryształowych, lub chociażby takich, w których fluid człowieczeństwa buntuje się przeciwko byciu numerem. Prawda, że urocze? Czyta się, czyta się i po każdym słowie następne jest takie, że no nie można się go było domyśleć wcześniej. Idzie takim siermiężnym zygzakiem...
Ten tekst pisałem dosyć beztrosko, dla siebie, dlatego zupełnie nie dbałem o zrozumienie przez czytelnika rozmaitych uwag, które sobie tak, dla własnej satysfakcji, wtrącałem. Musiałem je w tej redakcji wyjaśnić i jest to zrobione za pomocą przypisów. Przypisy dodałem teraz, tzn. po trzech latach i trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że tak jak ten tekst zredagowałbym dzisiaj, to zrozumiałe, zupełnie inaczej, tak i te przypisy są już jakby kogoś zupełnie innego. Sam tekst przeszedł zaraz po moim powrocie z Autostrady drugą redakcję, w której dodałem pierwszy zestaw przypisów, bo miałem wrażenie, że zbyt skąpo pewne rzeczy przedstawiłem - cóż, w trasie nie zawsze była chęć i czas, by tak sobie pisać i pisać. Ta część przypisów występuje w niniejszej redakcji w nawiasach kwadratowych bezpośrednio w miejscach, do których te przypisy się odnosiły. Poza poprawą bardzo rażącej stylistyki w rodzaju zamiast "odmętów" już nawet nie "ostępów" tylko zupełnie ni w pięć ni w dziewięć "odstępów" i miejscami interpunkcji, tekst ten jest niezmieniony w porównaniu z oryginałem, mimo że, jak napisałem, budowa pewnych zdań w całości mi kością w gardle stoi.
Nie przynudzam już więcej. Oto i sam tekst:

Powered by The Gimp
(c) Wojciech Marchaj 2005