Sklep: silnikowe jezdne karoseryjne wnętrze akcesoria
   Cafe

projekt HHO 
Aplikacje klienckie
Prawda o Czarnej Wołdze
Galeria "24"
Rok z "Niebieskim Szerszeniem"
O mnie
Autostrada
Ogłoszenia płatne
Kontakt   
Dla personelu   
Proza inżynieryjna

Dniepr o (prawie) zerowej emisji

czyli o czym się w Kijewskij Motornyj Zawod nie śniło...

Zubożony utrzymywaniem kilku pojazdów pewnie jak każdy z Was zastanawiałem się, dlaczego tak się dzieje, że wąska grupa cwaniaków wydziela tak oczywistą i naturalną rzecz jak możliwość przemieszczania się z punktu A do B (paliwo) ogółowi światowej populacji, bezczelnie przy tym uzurpując sobie przy tym prawo do zarządzania światowymi "zasobami" tej właściwości, narzucania cen, wreszcie reglamentując, by "nie brakło potomnym", jednocześnie rabunkowo pompując z wnętrza ziemi sfermentowane dinozaury...
Zarazem uderzyło mnie to, że w gruncie rzeczy przez cały wiek dwudziesty, wiek podbojów kosmicznych w dziedzinie transportu nie odeszliśmy zanadto od ogniska przehistorycznego humanoida, który spalał na swoje potrzeby to, co wygrzebał z ziemi lub znalazł w lesie. Czyż to nie kuriozalne, że wiek dziewiętnasty, będący wiekiem pary i elektryczności, ustąpił wiekowi dwudziestemu: wiekowi, no właśnie, czego? Niektórzy mówią, że ropy. W końcu silnik spalinowy, którego odkrycie zwieńczyło tenże wiek dziewiętnasty, dał mu początek.
A przecież mamy wiek dwudziesty pierwszy. Ktoś tam nieśmiało przebąkuje o pojazdach hybrydowych, które mogą pewien czas jechać przy użyciu elektryczności. Krótko wszak, słabo i kosztownie. Czyż to już nie pora najwyższa na jakieś przełomowe odkrycie? A może to odkrycie już się dokonało i to niejedno, tylko ja w swej ogranicznoności nic o nim nie wiem?
Powodowany tę właśnie myślą zacząłem przekopywać zasoby internetu. I tu dopiero spotkała mnie niespodzianka. Przełom dokonał się już ze dwadzieścia lat temu!!! Pozwolę sobie zacytować fragmenty tego, co znalazłem:

W umówionym czasie Nikola Tesla przyjechał z Nowego Yorku i dokonał ogledzin samochodu Pierce-Arrow. Nastepnie poszedł do najblizszego sklepu radiowego i nabył garść (12) lamp elektronowych (prózniowych typu 70-L-7), przewodów i wybranych oporników. Skonstruowany obwód umieścił w pudełku o wymiarach 24 cale długości, 12 cale szerokości i 6 cali wysokości. Pudełko zostało umieszczone na przednim siedzeniu i jego przewody zostały podłączone do chłodzonego powietrzem , bezszczotkowego silnika. Z pudełka wystawała długa na 1,8 m antena i dwa pręty o średnicy ¼, długie na 3 cale. Tesla usiadł na siedzeniu kierowcy, wepchnął pręty do pudełka i powiedział: "teraz mamy moc". Właczył bieg i pojechał! Ten pojazd napedzany silnikiem prądu zmiennego rozwijał predkości do 90 mil/godz. I zachowywał się lepiej niż jakikolwiek samochód o napedzie spalinowym w tamtych czasach. Tesla spedził w tym samochodzie cały tydzień. Kilka gazet w Buffalo opisywało tę próbę. Pytany, skąd pochodziła moc, Tesla odpowiadał "Z otaczajacego nas Eteru". Kilka osób sugerowało, ze Tesla zwariował i wszedł w zmowę ze złowrogimi siłami wszechswiata. To rozwścieczyło Tesle, usnął swoją tajemniczą skrzynkę z pojazdu i wrócił do swojego laboratorium w New York City. Swój sekret zabrał do grobu! *

"Richard Feynman o silniku Papp'a "

Pewnego razu [w 1966] kilku studentów przybyło do mego domu z jednym z tych magazynów o samochodach... Roadrunner, czy coś takiego. W nim był artykuł o wspaniałym nowym silniku działającym w oparciu o nową zasadę pozyskiwania mocy i to jest tutaj godne uwagi. Nie musisz kupować paliwa do samochodu; paliwo jest wtłaczane do cylindrów w trakcie ich produkcji i wystarcza na sześć miesięcy. Wtedy musisz przynieść go z powrotem do naładowania. Silnik jest chłodzony powietrzem i umożliwia poruszanie się samochodu z prędkością 60 mil na godzinę na prostej drodze.
Był tam obrazek silnika i jego wynalazca Josef Papp, który przybył do USA z Węgier. Stoi koło silnika robiąc pomiary przy pomocy panelu przyrządów. Mnóstwo ludzi patrzy na silnik i robi uwagi o nim w artykule. Papp przybył zademonstrować swój silnik w Los Angeles i studenci chcieli, abym z nimi poszedł go zobaczyć.
Powiedziałem im, że nic nie ma wystarczająco mocy aby poruszać się w ten sposób przez sześć miesięcy poza reaktorem atomowym, którym on z pewnością nie jest. "Oszustwa zawsze wychodzą na jaw", powiedziałem i gość prawdopodobnie chce pozyskać środki na swój silnik od inwestorów.
Po czym opowiedziałem im kilka historii o maszynach perpetuum mobile, które stoją za szkłem w londyńskim muzeum." Nie miał podłączonych przewodów, a poruszał się bez końca. Sam zadaj sobie pytanie: gdzie jest źródło energii?" powiedziałem. W tamtym przypadku była to pewna ilość powietrza wznosząca się przez małą rurkę zainstalowaną w drewnianej nodze podtrzymującej szklaną skrzynkę.
Studenci namówili mnie, abym poszedł z nimi zobaczyć demonstrację. Była zorganizowana w firmie chłodniczej w pomieszczeniu o kształcie litery L. Silnik był poniżej w załamaniu litery, w pewnej odległości.
Papp tłumaczył ogólnikowo, jak działa silnik używając skomplikowanych zwrotów o radiacji, atomach, różnych poziomach energetycznych, kwantach, o tym i o tamtym, wszystko to nie miało sensu i nie mogło działać.
Ale reszta, o czym mówił, była istotna i jest charakterystyczna dla każdego oszustwa: Papp tłumaczył, że próbował sprzedać swój silnik dużym koncernom motoryzacyjnym, ale nie kupiły, bo obawiały się zrujnować duże kompanie naftowe.
Więc oczywiście spisek działał przeciwko wspaniałemu silnikowi Papp'a. Była też wzmianka, że w przeciągi kilku dni silnik idzie do laboratoriów Stanford'a, w celu walidacji. To oczywiście miało dowodzić prawdziwości silnika. Było jednocześnie zaproszeniem potencjalnych inwestorów do wykorzystania tej niesamowitej okazji do zarobienia dużych pieniędzy, z racji jego ogromnej mocy. I to było pewne niebezpieczeństwo!
Kilka przewodów szło od silnika w dół w kierunku Papp'a i obserwatorów, gdzie stali, do zestawu przyrządów pomiarowych; zawierał on autotransformator z pokrętłem, umożliwiającym ustawianie różnego napięcia. Przyrządy były za pomocą przewodu podłączone do gniazdka w ścianie budynku. Więc było oczywistym skąd pochodziła energia!
Papp wyciągnął wtyczkę ze ściany, ale wiatrak chłodnicy obracał się dalej. " Widzicie, ten przewód nie ma nic do zasilania silnika, dostarcza jedynie prąd do przyrządów" - powiedział. Cóż, to było proste. Miał akumulator w środku silnika. " Czy masz coś przeciwko, żebym potrzymał wtyczkę?" - zapytałem. "Nic" - odpowiedział Papp i dał mi ją do ręki.
Nie trwało to długo, kiedy poprosił mnie o oddanie wtyczki. "Chciałbym potrzymać trochę dłużej" - odparłem, spekulując, że jeżeli przeciągnę to wystarczająco długo, cholerny wynalazek zatrzyma się.
Szybko Papp zrobił się roztrzęsiony, więc oddałem mu ją z powrotem, a on wetknął ją do ściany. Kilka chwil później nastąpiła wielka eksplozja.
Stożek pokryty srebrnym materiałem wystrzelił i zapalił się. Rozłupany silnik przewrócił się na bok. Mężczyzna stojący koło mnie powiedział "Zostałem uderzony!" Spojrzałem na niego, cała jedna strona jego ramienia była rozerwana, włókna mięśni, ścięgna, wszystko na wierzchu. Pomogłem mu usiąść na krześle. Najmłodszy student w grupie wiedział, co robić. " Zróbcie opaskę uciskową z krawata dla tego mężczyzny!" Wydawał rozkazy każdemu i rozpoczął resuscytację innego mężczyzny, który leżał na ziemi. To było naprawdę wspaniałe widzieć jak ten młody student dyrygował wszystkimi dojrzałymi mężczyznami dookoła. Do czasu przybycia sanitariuszy, zauważyliśmy, że trójka mężczyzn została ranna, ten leżący na ziemi najpoważniej: miał dziurę w piersi (dlatego resuscytacja nie dała rezultatów) i ostatecznie zmarł. Dwóch pozostałych przeżyło.
Byliśmy wstrząśnięci.
Zwróciłem się do młodego mężczyzny, który był zdolny poradzić sobie z tą nieoczekiwaną tragedią.
"Zwykle nie piję" powiedziałem " ale chodźmy do baru na drinka, żeby uspokoić nasze nerwy."
Poszliśmy do baru i zamówiliśmy drinka, byłem zdumiony odkrywszy, że ten młody mężczyzna najbardziej dojrzały z nas wszystkich był niepełnoletni - i nie wolno mu było się napić. Zaczęliśmy rozmawiać o silniku. Jeden mężczyzna, inwestor, który przyprowadził inżyniera ze sobą, by zobaczyć demonstrację, rzekł: " Mój inżynier doradził mi, żeby stać raczej za załamaniem budynku i tylko zerkać na demonstrację, ponieważ te nowe silniki są czasami niebezpieczne. Ktoś inny zwrócił uwagę na to, że Papp wcześniej pracował przy rakietach i eksplozja wyglądałą jak wydostanie się paliwa.
Wydaje mi się, że Papp wysłał swój silnik do instytutu Stanforda, jak ogłosił, sprawa miała się rozegrać w ciągu kilku dni. Dlatego eksplozja, wystarczająco duża, by zniszczyć silnik, przeciągała sprawę; pokazywała niesamowitą siłę silnika i, co najważniejsze, dostarczała powodu dla inwestorów, by włożyć w to więcej pieniędzy - teraz silnik musiał być odbudowany. Wszyscy zgodziliśmy się, że eksplozja była dużo większa, niż Papp prawdopodobnie sobie zamierzył.
Po takiej eksplozji, zakończonej zgonem i rannymi, musiał być oczywiście proces. Papp oskarżył mnie o zniszczenie jego silnika, argumentując to tym, że moja zwłoka z przewodem spowodowała utratę nad nim kontroli [...]
Od tego czasu oczywiście sprawa nowego silnika Papp'a ucichła.
**

Interesujące, nieprawdaż? Abstrahując od tego, czy silnik Pappa rzeczywiście funkcjonował (w patencie znajdują się rysunki, schematy instalacji elektrycznej, jest tego całkiem sporo do lektury) zwróćcie uwagę, jak Feynman, chcąc ocalić autorytet swój i współczesnej jemu nauki, którą tworzył, przed studentami stara się za wszelką cenę dowieść rzekomej mistyfikacji. Czyż to nie znamienne, jak naukowcy z ustabilizowaną pozycją zaciekle bronią swego terytorium, częstokroć wypaczając zasadniczą ideę badań naukowych - bezstronnego i ścisłego poznawania świata i prawideł nim rządzących?
Ale wróćmy do głównej myśli. Z powyższych poszukiwań wynika, że wiek dwudziesty pierwszy będzie wiekiem wodoru, lub alternatywnie któregoś gazu szlachetnego. A ja postanowiłem stanąć jeżeli nie wśród jego prekursorów, to przynajmniej w awangardzie i zbudować Dniepra z silnikiem wspomaganym HHO (gas Brown'a).
Artykuł ten nie jest w założeniu naukowy, nie będzie też instrukcji "step-by-step" jak zbudować taki pojazd. Jeżeli jesteś zainteresowany odsyłam do Google'a lub YouTube'a, nośników, to niesamowite, niesfermentowanej, nieskrępowanej nauki. Skoro ja znalazłem - znajdziesz i Ty, jeżeli znasz angielski, trochę majsterkujesz i masz głowę na karku. Niestety, to znamienne, wynalazki dzieją się tam, gdzie ludzie mają podstawowe dobra. W większości tematem zajmowali bądź zajmują się Amerykanie. Ale nie ci z Cambridge. Farmerzy z rozchełstaną koszulą w kratę, którzy do swojej kosiarki w przydomowym garażu przypinają... no właśnie. Zupełnie nową technologię. Kupioną w częściach w markecie budowlanym. Czymś niesamowitym jest powstawanie nauki z odpadków cywilizacyjnych. Papp zbudował swój napęd ze starego silnika Volvo, Fleming odkrył penicylinę w drobnoustrojach żerujących na resztkach jego pożywienia. Cóż mieli oni wspólnego z feudałami w purpurach, którzy reprezentują polską naukę? Już bardziej z żyjącymi w nędzy ich dyplomantami - wasalami piszącymi dla nich miałkie artykuły, których nikt oprócz nich samych nie czyta. Ale nie miejsce tu na rozważania o kondycji polskiej nauki.
Swoją przygodę w świecie HHO zacząłem od odkurzenia zaniedbanego i nieco uszkodzonego po podróży z Wrocławia do Rumii mojego jednoślada wyprodukowanego jeszcze gdy partyzanci po lasach walczyli o Polskę (nie-Ludową). Ten sowiecki bokser na ramie M72 i silniku Dniepra kocham za konstrukcję: nie ma w nim ani ogniwka łańcucha. Wszystko rozwiązane jest w nim za pomocą wałków (w tym Kardana***), zębatek i popychaczy. Konstrukcja ta wszak jest zasługą Niemców i ich BMW R75, ale Rosjanom zawdzięczamy ich tanią wersję, odlewaną, jak twierdzą złośliwi, z niemieckiej formy. Złośliwi twierdzą też, że najlepsze "ruski" są ze środy, bo w poniedziałek robotnicy trzeźwieli, we wtorek dopiero ruszała robota, a w czwartek już części na zakładzie brakowało. Czasem coś się nie zahartowało, to szło na "cywile". Człowiek sowiecki wszak i na niezahartowanej panewce pojedzie... Niemniej motocykle te są przykładem tego niespotykanego już obecnie podejścia do techniki: "motocykl bez niezbędnych przeglądów będzie jeździł, ale jego żywotność będzie krótsza" lub "w przypadku nieudanych prób rozruchu w niskiej temperaturze zaleca się polanie cylindrów benzyną i podpalenie" - stwierdzała rozbrajająco oryginalna instrukcja. Wręcz mistyczna prostota tej maszyny i łatwość dostępu do jej podzespołów zadecydowały o przeróbce na HHO.
Po przewinięciu wirnika alternatora i pożegnaniu się ostatecznie z ruską miedzią (prąd, jak później wyjdzie, jest kluczowy w silniku HHO) wybrałem się do pobliskiej myjni na ulicy Stoczniowców na wielkie mycie.
Tu podzięka dla pani szefowej, która podeszła do zadania z dużą dozą pieczołowitości i należytej całemu przedsięwzięciu powagi. Efekty pracy jej i jej pomocników możecie oglądnąć na zdjęciu. Dniepra po tym zabiegu nie poznaliby w KMZ na Ukrainie, skąd pół wieku temu wyjechał. Cóż, w tak przełomowym momencie musiał prezentować się należycie! Należało mu się to też choćby dlatego, że nigdy wcześniej, w ciągu dwóch lat, go nie myłem... mea culpa. Mając pod ręką rzeczony market budowlany pewnego popołudnia, wynotowawszy listę niezbędnych fantów udałem się na pierwsze zakupy. Wpierw kupiłem wiertarkę za 32 złote (najtańszą), szlifierkę kątową za 38 złotych (najtańszą) korzystając z dobrodziejstw kapitalistycznej (chińskiej, tak, tak!) produkcji. Do tego imadło za 40 złotych (nie najtańsze wprawdzie, ale za to średniej wielkości). Nie lubię tandety, ale staram się też nie ulegać presji posiadania wszystkiego za grube pieniądze. Poprzednio taki sprzęt kupiłem dla klubu i zakup był udany: używałem amatorsko wprawdzie, przez ładnych parę lat, ale wiercąc w metalu i tnąc, co popadnie. Pewnie do tej pory działa.
Tyle narzędzi. Potrzebowałem jeszcze w miarę ładny dla oka zbiornik - i tu znowu chiński słoik z pobliskiego Tesco pokryty stalą nierdzewną idealnie spełnił me oczekiwania. Do tego parę blaszek, śrubek, silikon, trochę plastikowego wężyka, metalowy trójnik (trzeba było zasilić dwa cylindry). I tu niemiłe zdziwienie, za tą dosłownie garść drobiazgu zapłaciłem tyle, co za te narzędzia razem wzięte.
Problemem okazał się zawór podciśnieniowy, który wprawdzie był dostępny w sklepie pneumatycznym, ale jego producent miał chyba co do niego inne zamiary, bo koszt przekroczył 400zł. Dwa sklepy pneumatyczne, które nawiedziłem w Gdyni i Rumii nie zrobiły na mnie najlepszego wrażenia. Albo podejście "klient, który kupuje jedną sztukę to śmieć", no chyba że na firmę (sic!). Nieistotne jest, że być może za miesiąc będzie miał świetnie prosperującą firmę, jak eksperyment się uda i kupi tysiąc. Klient detaliczny to ZŁO. W myśl tej zasady właściciel jednego zbył mnie bezczelnie, mimo mych próśb, choć było 5 minut po godzinie zamknięcia (w panoramie firm było wszak napisane co innego). Mówi, że "będzie musiał włączyć komputer". Wyobraźcie sobie przedwojennego sprzedawcę i taką sytuację. Mniejsza. Właściciel drugiego wykazał się większym zainteresowaniem, niestety mimo szczerych chęci towar miał drogi i niedopasowany do mej prymitywnej potrzeby. Zrezygnowałem w końcu ze strzelania armatą do wróbli i kupiłem zwykły zawór zwrotny do serwa w sklepie motoryzacyjnym. Zawór ten miał za zadanie zabezpieczyć zbiornik z wodorem przed niespodziewanym "kichnięciem" silnika w gaźnik.
Wreszcie ze zdobycznym zestawem potrzebności udałem się do swojej jaskini. Ma nowa jaskinia jest nieco ciasna, ale ma jedną niezaprzeczalną zaletę. Urzęduję tam tylko ja ze swoją żoną. Dzięki temu pozostawiając rzeczy jednego dnia ma się dużą dozę pewności znalezienia ich w takim samym miejscu i stanie. Pierwszym krokiem było skonstruowanie "wieży" do nawinięcia drucianych elektrod. Pleksi znalezione na śmietniku, no i parę metrów drutu i INOXa. Ten etap był doświadczalny. Należało wyznaczyć punkt kompromisu pomiędzy w miarę silną reakcją dającą odpowiednią ilość HHO gazu a prądem zużywanym przez elektrolizer, by wytrzymał akumulator i alternator. Zdjęcie powyżej jest dośc popularnym modelem elektrolizera, który można obejrzeć w sieci. Niestety ma on niewielką wydajność, około 0,5 ml/sekundę. W efekcie czego może i fajnie wygląda (mnie podoba się dodatkowo z powodu, że to mój pierwszy poważny elektrolizer - miski na budyń i bateryjki z dzieciństwa nie liczę ;), ale nadaje sie co najwyżej do demonstracji. Moja żona twierdziła, ze ładnie komponuje się z silnikiem i resztą motocykla... Coż, skoro niewiele daje... Jak to zwykle w wynalazczości bywa, pierwsza ugaszona euforia musiała ustapić miejsca dalszym, poważniejszym dociekaniom. Wertujac YouTube'a (a jakże!) natrafiłem na dość bogato udokumentowany aspekt wydajności - rożni domorośli eksperymentatorzy chwalili się mocą swoich elektrolizerów wypompowując ze stoperem w ręku wytworzonym wodorem wodę z przygotowanej butelki... Ale, co przykuło moją uwagę, wiekszość przodownikow tej dziwnej dyscypliny miała elektrody nie z drutu tylko z blaszanego przekładanca - blaszka dodatnia, blaszka ujemna, a wszystko zanurzone oczywiście w elektrolicie. Od razu dał zauważyć się problem, którym dzielili się z widzami: jak ułozyć blaszaną kanapkę tak, by przy jednoczesnym zachowaniu niewielkiej odległosci od plusa do minusa (mały opor, to, czego potrzebowałem), by kromka stykała się jedynie z szynką, a nie z druga kromką, co doprowadziłoby niechybnie do zwarcia. Ba! do tego cała konstrukcja nie mogła mieć w sobie ani odrobiny cyny, miedzi, czy czegokolwiek nieszlachetnego, co mogłoby korodujac zanieczyścić elektrolit, lub co gorsza przerwać obwód.
Jak zwykle udałem się do pobliskiego TESCO na dział... naczyń kuchennych. Poczatkowo chciałem wypreparować niezbędny zestaw blaszek nierdzewnych z sitka do warzyw, jednak po wyrachowanym przekalkulowaniu stosunku powierzchni odzyskiwalnej tegoż do jego ceny zdecydowałem sie na chińskie pojemniki, jak poprzednio, by oskubać jeden z zewnętrznej powłoki, a z drugiego zrobić, wprawdzie mniejsze, ale za to wydajniejsze i lepiej komponujace się pod siedzeniem (stare trochę wystawało z lewej strony przez linkę od sprzegła) urzadzenie.
W pobliskim OBI udało mi się nabyć kilka śrubek z INOXa, do tego parę uszczelek prysznicowych i można było przystąpić do konstruowania kanapki. Z poczatku wystrugałem dziesięc blaszek z pierwszego słoika, trochę niezdarnie i kalecząc sobie przy tym palce, ale niestety nie miało to wiele wspólnego z procesem produkcyjnym.
Zadanie kolejne było w konstruowaniu tegoż nowego ogniwa (Joe'go ponoc - jakiegoś sypatycznego jankesa) kluczowe. Dwie śrubki, pierwsza blaszka - uszczelki, druga blaszka - kawałek drucika, nieparzysta - izolacja, parzysta - styk. A potem dwie kolejne śrubki w odwrotnej kolejnosci. Teraz zalewamy elektrolitem i pomiar oporu między elektrodami. Jest naprawdę niewielki, a zatem popłynie duży prąd! Wkładam bezpiecznik 30A i posiłkuję się akumulatorem z samochodu. Zagotowało sie! Bezpieczniki wytrzymał. Nic nie eksplodowało. Babelki płyną w butelce. Niestety nie mam miernika do prądów wiekszych niz 10A. Wkładam 15-tke, buzuje. 10A bedzie można juz użyć w motocyklu. Na razie cisza, grzejemy maszynę. Teraz przełącznik H2 i... wytrzyma? Mała przejażdżka. Niestety, w warunkach bojowych 10A uległ przepaleniu, ale maszyna chodzi. To oznacza, ze prąd nie przekroczył 15A, bo taki bezpiecznik mam załozony jako główny. Zrobimy więc tak: 25A jako główny i 15A na elektrolizer. Ogień! Chodzi. Teraz próba wydajności, weżyk i butelka z wodą. Na oko około 4 ml/sek. Dużo lepiej, choć jeszcze trochę mało. Ale i akumulatorek mizerny i do tego kiepsko naładowany. Na następne próby zakładam samochodowa krowę 80Ah i w trasę! Musi być duuużo prądu. Prąd w porównaniu do benzyny jest tani jak barszcz (nie jest obłożony akcyzą, w przeciwieństwie do benzyny, która jest u nas ... dobrem luksusowym!), nawet gdyby trzeba było ładować akumulator do ogniwa w nocy. Gdybym miał wojskową wersję z wózkiem, to cały bagażnik zajmowałby elektrolizer i akumulatory. No ale nie mam, w każdym razie spójrzcie na wylot rury wydechowej, robi wrażenie, prawda?
No i nadszedł dzień prawdy, to jest - testów terenowych. Wypreparowałem z samochodu akumulator 80Ah, zatem prądu ci pod dostatkiem, i wrzuciłem na bagaznik. Uwiera w plecy, ale co tam, trzeba trochę niewygód pocierpieć, jak się chce coś osiagnąć. Jeszcze baniaczek na benzynę i miarka, żeby wiadomo było, ile spalam. Tak zaopatrzony udałem sie na pobliskie rozdroże, by ustawić sie na początku w miarę spokojnej prostej i długiej drogi. Przy okazji opróżniłem zbiornik paliwa. Teraz: odmierzam 0,3l benzyny, spisuję licznik i heja. Na razie bez "wspomagania". Po mniej więcej 5 kilometrach silnik zaczyna przerywać. Staje. I znowu, baniaczek, z miarka w reku 0,3l do baku, elektrolizer, zagotowało się i z powrotem do rozdroża. Niestety po drodze elektrolizer się rozlącza. Staję, szybko gaszę silnik, poprawiam kabel i ruszam dalej. Niestety po paruset metrach to samo. Podłączam znowu kabel, ale nic. Bezpiecznik. Grzebię w kieszeni, miałem tu jeszcze gdzieś trzydziestkę... Wreszcie działa, ruszam ponownie. Jadę już bez przeszkód, widzę na horyzoncie rozdroże, z którego ruszałem, ale co to, silnik zaczyna przerywać. Staje. Czyżby było gorzej? A może to przez to stawanie i ruszanie zmarnotrawilem setkę na przelanie gazników? Hmm, pomiar trzeba będzie powtórzyć. Tym razem spróbuję w innym kierunku, lepsza nawierzchnia - mniej stresów. Teraz wlewam 0,2l. Może i pomiar będzie mniej dokładny, ale nie chce mi się tyle jechać. Ruszam i znowu przejechawszy parę kilometrów - zawracam. Znowu 0,2 i do rozdroża, tym razem z "babelkami". Teraz już spokojnie, bez kłopotów. Zaczynałem w charakterystycznym miejscu, gdzie rozpoczynał się nowy asfalt. A zatem jeżeli przekroczę jego granice, bedzie "na plus". Jadę, już widzę jego koniec, ale ... niestety, silnik przerywa i szybko jestem zmuszony stanać w małej zatoczce. Niestety, nie udało się, żadnego efektu. Wlasciwie minimalnie gorzej, tak jak poprzednim razem. Czyżby więc HHO gaz jednak troszkę przeszkadzał? Żródlo zasilania mam zewnętrzne, więc alternator nie jest obciążony. Ciekawe... Mijają mnie rożni samochodziarze, trąbią, chyba im przeszkadzam, albo tu zakaz jest? W każdym razie mało mnie to obchodzi. Cóż, ciężkie życie innowatora. Zimno sie robi, jem jabłko i przeżuwam wraz z porażką. W sumie to miałem się przy okazji bujnąć nad zatokę, tak jak ci w tych samochodach NA BENZYNE, w niedzielne popołudnie. Tylko ten akumulator 80Ah uwiera niemiłosiernie w plecy. No i benzyny już mało. Ech..................

Czy ta technologia faktycznie działa? Nie wiem. Nie będę tu snuł naukowych i pseudo-naukowych wywodów. Sami słyszeliście jak to zostało zbudowane i przetestowane. Moje testy wykazują, że nie. A może się mylę, i pominąłem jakiś ważny termodynamiczny/chemiczny/elektryczny element? O którym wiemy z podręczników, lub też nie wiemy wcale, lub dowiemy się za lat dwadzieścia? A może już niektórzy wiedzą, ale byli na tyle przezorni, by nie umieścić go w internecie?


-------
* materiał zaczerpnięty ze strony http://www.zigzag.pl/jmte/Permotor.htm

** materiał zaczerpnięty ze strony http://www.rexresearch.com/papp/1papp.htm
(tłumaczenie moje)

***  ten wszechstronny Włoch, oprócz swego genialnego sposobu przeniesienia napędu pomiędzy elementami nie tylko nie współosiowymi, ale i obracającymi sie w różnych płaszczyznach, zasłynął z podania wzorów (dość skomplikowanych zresztą) na pierwiastki wielomianu trzeciego stopnia. Dowód daleko idacych zależności pomiędzy mechaniką a matematyką.
Powered by The Gimp
(c) Wojciech Marchaj 2005