OSTRZEZENIE !

Ten artykuł jest najważniejszym artykułem napisanym otwartym tekstem znajdującym się na tej stronie. Napisałem go, ponieważ przeraża mnie to, co się dzieje wokół mnie i przeraża mnie obojętność ludzi na to, co się dzieje. Obojętność ludzi prowadzi prostą drogą do totalitaryzmu, utraty wolności i eksterminacji w myśl słów pastora Niemoller:

Als die Nazis die Kommunisten holten,
habe ich geschwiegen;
ich war ja kein Kommunist.

Als sie die Sozialdemokraten einsperrten,
habe ich geschwiegen;
ich war ja kein Sozialdemokrat.

Als sie die Gewerkschafter holten,
habe ich nicht protestiert;
ich war ja kein Gewerkschafter.

Als sie die Juden holten,
habe ich nicht protestiert;
ich war ja kein Jude.

Als sie mich holten,
gab es keinen mehr, der protestierte.

Najpierw przyszli po komunistów,
ale się nie odezwałem,
bo nie byłem komunistą.

Potem przyszli po socjaldemokratów
i nie odezwałem się,
bo nie byłem socjaldemokratą.

Potem przyszli po związkowców,
i znów nie protestowałem,
bo nie należałem do związków zawodowych.

Potem przyszła kolej na Żydów,
i znowu nie protestowałem,
bo nie byłem Żydem.

Wreszcie przyszli po mnie,
i nie było już nikogo, kto wstawiłby się za mną.

Dlatego w trosce o siebie samego, swoich bliskich i los milionów Polaków oraz milionów ludzi dobrej woli na całym świecie zebrałem w nim szereg myśli połączonych mam nadzieję w spójny logiczny wywód charakteryzujący obecne realia panujące na świecie i tragiczne konsekwencje, do których mogą one w niedalekim czasie doprowadzić. By nie przysypać głównej myśli pobocznymi dywagacjami, zacznę prosto z mostu i nieco przewrotnie:
Czy żyje ci się coraz lepiej?
Mi nie żyje się coraz lepiej, a coraz gorzej. Więc może jestem nieudacznikiem? Być może, ale nie tylko mnie nie żyje się coraz lepiej, ale i innym ludziom, z którymi rozmawiam żyje się coraz gorzej, a tym, którzy mogliby powiedzieć o sobie, że są ludźmi sukcesu, praktycznie zawsze zwierzają się, że to do czego doszli kosztowało ich lata harówy ponad siły, wyrzeczeń i rozmaitych uników.
Większość ludzi w tym ja, narzeka na coraz wyższe koszty utrzymania, nawet na podstawowym poziomie oraz coraz większe trudności ze znalezieniem zajęcia, z którego mogliby się utrzymać. Słowem półki uginają się od towarów, ale coraz trudniej zdobyć pieniądze, by cokolwiek z tego kupić. Czy do tego prowadzi kapitalizm? Być może, ale nie można tego stwierdzić na pewno, bo ten dziwoląg, który teraz mamy w Polsce i w Europie oraz generalnie cywilizacji północnego Atlantyku, to z kolei galopujący socjalizm z wszystkimi tego konsekwencjami: centralnie sterowaną gospodarką, "krajem rad", idiotycznymi regulacjami, zanikającą wolnością i kontrolą wszystkiego, co się tylko da i nie da, to znaczy przynajmniej na papierze, jak już się nie da w rzeczywistości.
A zatem można powiedzieć, że poziom naszego życia, to, ile i jak ciężko musimy pracować, ma się nijak do postępu technologicznego, który osiągnęliśmy. Powinniśmy jak nie leżeć z założonymi rękoma, to przynajmniej zupełnie nie mieć problemów z tym, żeby każdy miał dach nad głową, coś do jedzenia, a może nawet i laptopa, czy auto. Niby mamy, ale w tle zawsze pojawia się troska, czy mnie na to stać, czy mi tego nie zabiorą lub ile mi jeszcze zostało do spłacenia i czy jutro mnie nie wyleją z roboty. A zatem ten stan posiadania jest iluzoryczny, bo kluczowe składniki tego, co mamy, są w posiadaniu jakiejś tajemniczej instytucji, której tożsamości nie znamy, czy to nasze mieszkanie, czy auto, czy nawet paliwo, którego zasoby ona kontroluje. Czy ta instytucja to bank, czy rząd, czy może jakaś ponadnarodowa organizacja, to trudno w zasadzie ustalić. Odłożymy więc tę kwestię na później, a skupimy się na tym, co paradoksalnie stało się największym obiektem pożądania naszych czasów, fetyszem: PRACA vel. POSADA vel. ROBOTA. Stała i najlepiej dobrze płatna, a właściwie to nawet nie ona sama w sobie, tylko to, co ona daje, czyli PIENIĄDZE.
Jest to o tyle charakterystyczne, że nawet świątynie dzisiaj, czyli miejsca, w które chodzimy, by poczuć się lepiej, to świątynie konsumpcji - galerie handlowe. Nie wiem, czy zauważyliście, ale ja widzę obecnie tylko trzy typy wejściówek do tychże, czyli trzy typy pracy, jaka jest obecnie dostępna dla szarego człowieka:
1) zapierdalacz ze szmatą
2) superhiperspecjalista
3) wciskacz kitów
Pozwolicie, że przybliżę trochę każdą z nich. Pierwsza właściwie nie wiadomo, czy może być jeszcze nazwana pracą, bo wiąże się przeważnie z wypłatą 1600PLN brutto, więc podpada raczej pod nowoczesne niewolnictwo, do którego jeszcze wrócimy. Kasjer w markecie, sprzątaczka, niania, pracownik na produkcji, rozdawacz ulotek, roznosiciel pizzy, cała masa zawodów prostych, zwyczajnych, potrzebnych i niestety skandalicznie nisko płatnych.
Kolejny typ posady istnieje również nie od dziś, jest to praca wykwalifikowana, która musi zostać wykonana, by cywilizacja mogła trwać, produkty być wytwarzane, a społeczeństwo sterowane i utrzymywane przy życiu. Jest wśród nich inżynier, lekarz, informatyk, majster, rzemieślinik, nauczyciel. Pracują oni wszędzie tam, gdzie człowieka nie zdołała zastąpić maszyna, lub zgoła musi on tę maszynę kontrolować, programować, czy wręcz wymyślać. Tu niby nic się nie zmieniło, ale moje obserwacje są takie, że coraz trudniej być "na czasie", dotrzymać kroku nowym technologiom, a konkurencja ogromna. Ponadto zawody te straciły sporo z dawnego prestiżu, chociaż bynajmniej nie ze znoju, w którym są wykonywane. Mam tu na myśli inżyniera, lekarza, a także nauczyciela.
Najciekawszy jest pracownik typu punkt trzy, bo to jest stosunkowo nowy typ posady. Jest to posada wyhodowana na systemie w sposób sztuczny, bo można sobie wyobrazić egzystowanie bez rezygnacji ze współczesnego dorobku techniki i bez nich zarazem. Są tu całe stada rozmaitych urzędników, biurw, przekładaczy papierków, obliczaczy podatków, a także zastępy "kapłanów" nowej religii - pieniądza, czyli rozmaitych doradców finansowych, konsultantów biznesowych, analityków i wszelkiej innej maści krawaciarzy, którzy zaprzedali się systemowi w zamian za wikt i opierunek, bo przeważnie w większości przypadków z nich na tym się kończy. Dlaczego wyrażam się o nich bez szacunku? Dlatego, że wciskanie ludziom kolejnego kredytu, czy abonamentu na telefon, który oni i tak już mają uważam za pasożytowanie na ich czasie i wysiłku. W zdrowym systemie kredyty może i byłyby potrzebne, ale na pewno nie wisiałyby na co drugim bilboardzie, nie właziłyby do skrzynki pocztowej i paplały godzinami w telefonie. Stąd ten system musi być patologiczny.
W istocie jest, gdyż półki są pełne, ale już prawie nikt nie ma gotówki, by kupić ich zawartość. Obraz mącą trochę przedstawiciele środowisk kastowych, którzy mają w portfelu o epsilon więcej, jednak w dalszym ciągu rekrutują się oni z grup 2 (lekarze) i 3 (prawnicy, notariusze itp.). Dużo gorzej sytuowanych skrywa się za plastikowymi kartami, ale większość z nich to kredytówki, więc nie bardzo już wiadomo, czy ktoś kupuje za swoje, czy pożyczone, "niewolnicze". Zresztą, nawet nie wiadomo, czy ktoś kupując za gotówkę, kupuje "za swoje", bo gotówka stała się już czymś zupełnie abstrakcyjnym, wartością wirtualną, bez pokrycia w niczym, dodrukowywaną w myśl niejasnych zasad. "Za swoje" to znaczy mam na myśli za to, co sam "włożył" do systemu swoją pracą, swoją nowatorską myślą, czy chociażby przestawieniem jego klocków ku korzyści innych. Zresztą, w przypadku tej gotówki jej wartość jest również czysto umowna, bo 100 zł tego najmniej wykwalifikowanego ludka, na które musiał pracować, być może ciężko dwa, czy trzy dni nie jest moim zdaniem tyle samo warte, co 100 zł dyrektora banku, które zarobił w 0,5 sekundy akurat ziewając. Oczywiście nie o tym chcę pisać, bo to aż taką wzburzającą patologią nie jest, jako że nie ma sprawiedliwości na tym ludzkim padole, przynajmniej w ludzkim rozumieniu.
Bardziej szokujące jest to słynne pytanie "gdzie są k..a pieniądze?" w kontekście wyliczeń, które jednoznacznie pokazują, że gdyby spłacić wszystkie długi jakie są na ziemi równocześnie zniknęłaby cała gotówka z obiegu!!! I system stanąłby w totalnym bezruchu!
Już wprawdzie w latach XX-tych XX-tego wieku jeden taki skamandryta postulował, że "leżą w podziemiach synagog", jednak ja postaram się ten temat rozwinąć w nieco innym kierunku. Mianowicie żyjemy w systemie opartym o pieniądz dłużny. Pieniądza obecnie w przeważającej części nie drukuje się w mennicy państwowej, tylko kreuje z powietrza poprzez przyznawanie tzw. "linii kredytowej". Czym jest ta linia kredytowa w istocie? Dopisaniem kilku zer i jedynek w globalnym systemie bankowym skutkująca tym, że można pójść do dowolnego bankomatu i wyciągnąć te pieniądze w gotówce, po czym pójść do sklepu i kupić za nie (czyli przywłaszczyć sobie) trochę towarów. Teoretycznie przynajmniej, bo w rzeczywistości przeważnie lądują te zera i jedynki w innym rekordzie innego banku w tymże systemie. Zwłaszcza, jeżeli są to sumy duże, powyżej powiedzmy 100 tysięcy. To tłumaczy, dlaczego rola mennicy, czy drukarni banknotów jest obecnie marginalna, a niebawem, gdy pieniądz elektroniczny wyprze w całości fizyczny, będzie zupełnie zerowa.
Tu może część z Was zaprotestuje, że przecież istnieją regulacje, limity, rezerwy i nie można dawać kredytów bez pokrycia. Srutututu! Już pareset lat temu ilość depozytów zmiejszyła się w stosunku do długów, a zatem ich stosunek jest mniejszy od jedynki. Prosta matematyka na poziomie podstawówki mówi, że iterując ten proces, czyli podnosząc tę wielkość do potęgi jedynki ponownie nie przekroczymy, a raczej zbliżymy się do zera. Obecnie jesteśmy już koło 1/9. Zresztą nie ma to już większego znaczenia dla strachu bankiera w obliczu "najazdu wierzycieli na bank", bo za każdym obecnie bankiem stoi bank centralny, który ratuje "kasiurą" w takiej sytuacji. Ratuje oczywiście swoich, bo tu wszyscy są swoi. Kto uważa, że tak nie jest, niech spróbuje założyć własny, niezależny bank!!! A kto stoi nad bankiem centralnym? Niby nikt nie powinien, bo to jest insytucja kontrolowana teoretycznie przez rząd, który steruje podażą pieniądza w zależności od ruchu w gospodarce. Teoretycznie. Bo skoro tak, to jakim cudem rząd jest zadłużony? Ano pewnie dlatego, że jest zadłużony za granicą, w walucie obcej, której nie może drukować. A zatem jest klientem jakiegoś innego banku. No ale obecnie prawie wszystkie kraje świata są zadłużone. Gdyby były zadłużone u siebie, to nie byłoby problemu, bo po hipotetycznym oddaniu sobie długów, powinno zostać kilku wierzycieli i reszta dłużników. Tymczasem prawie każdy kraj ma jakąś linię kredytową w MFW, BŚ lub jakimś innym FEDzie i to już jest zagadka. Co to są, u licha za instytucje, skoro pożyczają rządom iluzoryczne pieniądze na procent? To jest tajemnica poliszynela, ale proszę, nie wmawiajcie mi, że te instytucje "pożyczają" rządom państw na świecie (w tym USA) złote pieniążki ze swojego prywatnego skarbczyka, które uciułały przez lata uczciwą pracą. No po prostu jestem już za stary na takie bajki. Z tym tematem można się zapoznać dokładniej oglądając film Money As Debt, jest to już raczej kwestia nie ulegająca wątpliwościom.
A zatem mam nadzieję, że ustaliliśmy już, iż pieniądze, które w pocie czoła zarabiamy inni mają "z powietrza", bo nawet jeżeli nie same sumy, to odsetki z nich na pewno. A zatem oni tworzą pieniądze wirtualnie, a my fizyczną pracą, wytwarzając PKB, technologie, dobrobyt, plony itp. Wszystko, co człowiek konsumuje w świecie czysto rzeczywistym. Innymi słowy strumień dóbr nieprzerwanie płynie od nas, do NICH. I nawet jeżeli płynie wolno, to skoro nie wraca, to w granicy kiedyś my zostaniemy wszyscy nędzarzami, a oni nie będą nawet mogli tego wydać! A może jednak mogą wydać i wydają, przez co te pieniądze wracają do nas? Chyba jednak za wolno, bo faktem jest, że najbogatsi ludzie (o których wiemy, bo o ilu nie wiemy?) nie są w stanie przeważnie wydać swojej fortuny (fizycznie jest to niemożliwe), tylko ją kumulują. Bo czymże jest kupno ogromnej nieruchomości? Kumulacją w dalszym ciągu. Bo stan faktyczny tylko zmienił się w papierach. Ten człowiek nie przyjedzie na tą nieruchomość i nie wytworzy tam czegoś nowego, bo pewnie i tak nie ma na to czasu. Może jej nawet na oczy nie zobaczy. I ten proces obecnie obserwujemy. Siła sprawcza, czyli pieniądze są zamrożone w ogromnych fortunach, a reszta świata powoli staje się nędzarzami. Aby ten proces częściowo ukryć wymyślono KREDYT. Bogaci niby teraz pożyczają z tej swojej fortuny i przez to gospodarka się kręci. Ale proceder trwa nadal i nadal się pogłębia, bo kto pożyczył musi oddać z nawiązką! Strumień płynie nadal w tym samym kierunku. Dlatego u końca tej gry wszyscy będziemy nędzarzami, poza kilkoma wyjątkami (banksterami), którzy skumulują wszystkie pierdyliardy tego wszechświata. Nie byłoby w tym jeszcze nic złego, bo powiesiłoby się ich wtedy na szubienicy i można by zacząć jakiś lepszy rozdział w dziejach świata, sęk w tym, że tego świata może już nie być! Bo przebierający nóżkami tzw. przedsiębiorcy w ferworze uzyskiwania iluzorycznego zysku i zwiększania produkcji tudzież zdobywania nowych rynków zbytu na kredyt wytną wszystkie drzewa na tej planecie, zatrują wszystkie rzeki i zepsują całą atmosferę wypalając pierdyliard dziur ozonowych produkując przy tym buble, których nawet nie będzie już gdzie wyrzucać, bo śmietniki będą wysoko płatne.... Wiem, że czarna to wizja, ale do tego aktualnie zmierzamy.
Więc może "rząd powinien coś z tym zrobić!"? Ano powinien, ale chyba najpierw musiałby wystąpić z wszystkich organizacji międzynarodowych, bo póki co robi to samo, tylko że jako że nie wytwarza żadnych dóbr konsumpcyjnych sprzedaje ludziom iluzje w postaci różnych obligacji, piramidek typu ZUS (pod przymusem, jak dobrowolnie nikt się już na to nie nabiera), albo po prostu dowala podatek i mówi: "dobra, dawajcie!" bez żadnych rzewnych historyjek. A następnie wrzuca do czarnej dziury, której na imię "obsługa długu międzynarodowego", czyli po prostu odsetki dla internaszonal gangsta... Oczywiście czasem ma to milion fikcyjnych oblicz typu różne dotacje, regulacje, wydatki stałe, ruchome, doraźne, limity CO2, dziura ozonowa, walka z globalnym ociepleniem i wszelka inna "ściema". Ludzka pomysłowość nie ma tu granic, zwłaszcza, że wypływa od tysięcy nudzących się urzędników dostający hemoroidów po najróżniejszych bzdurnych instytucjach.
I to jest kolejny aspekt tego całego cyrku. Ponieważ nie sposób przy obecnym stanie populacji zapewnić wszystkim pracy nr 2) ani 1) bo co bogatsi, jak powiedzieliśmy, również biednieją, na rzecz NIELICZNYCH, więc szkoda im kasy, by sprzątać wszystko wokół, przez co, jak powszechnie widać "roboty wszędzie pełno, a pracy nikt nie ma". Toteż tworzy się posady typu 3). Kto ma kasę, by ludków na tych posadach opłacić? Są tu generalnie dwie opcje: albo rząd, bo zawsze może okraść innych obywateli nakładając nowy podatek, podnosząc stary, lub ewidentnie zadłużając wszystkich u NIELICZNYCH, albo ONI, bo ONI mają kasy w bród i ta płynie sobie nieskrępowanie w ich bankowych serwerach... Stąd mnożą się jak grzyby po deszczu posady typu urzędas, lub zaklinacz finansowy. Co ciekawe ten problem istnieje nawet, gdyby nie istniał obecny system bankowy. Mianowicie wraz z postępem technologicznym potrzeba pracy, znoju zanika, bo ciężką i mozolną pracę wykonują maszyny, a koncepcyjną (na przykład związaną z ich tworzeniem, czy programowaniem) wykonują inżynierowie pasjonaci. Reszta popija drinka pod palmą... To w systemie idealnym, wróćmy jednak na ziemię, gdzie "nikt nie je za darmo" Przywykliśmy do tego i bronimy tego, chociaż nie musielibyśmy. Mowa tu o protestach w sprawie różnych socjalów dla meneli itp. A przywykliśmy, bo to jedzenie "za darmo" wiąże się z tym, że my pracować musimy na to jeszcze więcej i więcej. Zasiłki wydaje przecież rząd z podatków ludzi pracujących i jest to w oczywisty sposób niesprawiedliwe.
Nawet gdyby był z obywatelami, a nie kopał ich na każdym kroku, też niewiele dałoby się zrobić. Odmowa uczestnictwa w tym bankowym oszustwie skończyła by się niechybnie wykryciem w Polsce broni atomowej, biologicznej i chemicznej zarazem, a potem dzielni Usraelici przy aprobacie "społeczności międzynarodowej" naszczutej różnymi me-n-diami na postronku, wjechaliby swoimi czołgami z misją stabilizacyjną, by wystrzelać trochę starych rakiet... Tak kończą lub skończą autsajderzy, typu Iraq, Wenezuela, Iran, Korea Płn. Dlatego też paradoksalnie nie ma większej różnicy między tzw. PiSlamistą, POwcem, komuchem z SLD, czy chłopem z PSLu, wszystkie te partie są zgodne z odgórnie narzuconą linią zachowań w kwestii podatków, dlatego mają zielone światło na egzystowanie. A nikt inny, nie przebije się, choćby i miał ludzi za sobą. Szybko okaże się w "niezależnych sondażach", że jego poparcie wynosi 0,00001 procent... Pozorne targanie się za łby jednej wspólnej socjalistycznej opcji tylko sprzyja ich mocodawcom w myśl zasady "divide et impera", czyli dziel i rządź, bo skłóconym społeczeństwem najłatwiej się rządzi. Najlepiej jeszcze skłóconym na wielu płaszczyznach: "kredyciarze" vs. ciułacze mieszkający "u mamusi", wykształciuchy vs. byznesmeny "ze słomą w butach", a nawet, o zgrozo, benzyniarze vs. dizlowcy! I tak to się samokonserwuje, z naszych podatków oczywiście, gęby kolejnych farbowańców zerkają na nas z wielkoformatowych płacht. Pytanie, co w tej kwestii można zrobić, skoro listy wyborcze są jakie są. Ano można nie pójść wcale. Niska frekwencja to jedyne, czego się boją. Bo niska frekwencja to brak legitymizacji władzy. Gdy frekwencja jest wysoka, opozycja nie wyjdzie na ulicę i nie obali tych "przy korycie", bo nie wiadomo, czy akurat sąsiad ich nie popiera, w końcu wygrali, a frekwencja była wysoka... W sytuacji, gdy frekwencja jest 20 procent, to na 80 procent sąsiad sztachetą nas nie zdzieli, gdy ruszymy na parlament, bo pewnie w najgorszym dla nas razie mu to wisi, a możliwe, że się i przyłączy.
Czym więc zakończy się ten maraton, bo przecież chyba nie powszechną szczęśliwością i nasyceniem wszystkich? Przynajmniej na to się nie zapowiada.
Osobiście nie wiem, ale podejrzewam dwie opcje. Być może jedna nastąpi po drugiej.
Opcja pierwsza: totalne zniewolenie, totalitaryzm, jakiego jeszcze nigdy nie było w dziejach globu.
Dlaczego tak totalne? Dlatego, że język, którym mówi dziś świat jest globalnego zasięgu i technologia ma zasięg globalny. Skoro ogromna większość cywilizowanego społeczeństwa biega dziś do bankomatów z kawałkiem plastiku jak przysłowiowy kot z pęcherzem, tylko krok dzieli nas od tego, żeby biegała z obróżką, w której będzie jej elektroniczny numerek, zasób jego konta bankowego i najlepiej jeszcze odbiornik RF/GPS, żeby było wiadomo, gdzie biega i po co. W tej sytuacji jakakolwiek krytyka systemu, jakakolwiek krytyczna myśl będzie niemożliwa, bo inwigilacja będzie totalna, a aparat przymusu bardzo prosty. No bo jaka kara będzie najgorsza w globalnej tyranii, gdzie żaden grosik nie przebiega niepostrzeżenie? Wyłączenie tego bankowego rekordziku z wirtualnymi (i jedynymi w majestacie SYSTEMU) pieniażkami!!! A o to, żeby żadna gotóweczka nie krążyła "pod stołem", już najepiej zadba minister Jan Vincent bez NIPu i setki jemu podobnych na czele policji skarbowej z gumowymi, a potem metalowymi kulkami. A wszystko po to, żeby spłacić wreszcie niespłacalny dług międzynarodowy! Wtedy już niemożliwym będzie napisanie takiego tekstu, bo od razu wyląduje się na czerwonej liście, a potem zniknie z domu... Więc skopiujcie sobie go póki jeszcze możecie, bo później może już być za późno, jak internet będzie w całości monitorowany, bo cenzurowany już w wielu miejscach jest. Wtedy jak ten tekst zniknie, a ja z nim, przynajmniej będziecie wiedzieć, co jest grane. Niestety nie wiem, czy będzie dokąd uciekać. Nie wierzycie? W dalekiej Ameryce, kraju, który kiedyś był synonimem wolności już funkcjonują czerwone, niebieskie i żółte listy. A dociekliwi znaleźli w tym kraju już wiele zastanawiających "obozów", a w nich na przykład... 500 tysięcy plastikowych trumien!!!!!!!! Kto nie wierzy, niech wpisze w wyszukiwarkę "FEMA camp coffins investigated". Dla uzmysłowienia sobie tej liczby przypominam, że ofiar hitleryzmu było jakieś 2 miliony...
Drugą opcją, która może nastąpi wcześniej, a może później jest rewolucja, połączona z wojną globalną. W niej niestety nasza nadzieja, bo wojna, wiadomo rzecz zła, ale później przeważnie następuje nowe, a relikty przeszłości obracają się w perzynę. Na gruzach kilku z nich z przyjemnością zatańczę, chociaż nie wiadomo z kolei, czy przeżyję...
Najlepsza byłaby zdecydowanie rewolucja w świadomości, bo ona może wytrącić IM broń z ręki zupełnie niespodziewanie. Jakże jednak mówić tu o świadomości, skoro nikt nawet z rządu nie wydaje się widzieć zagrożenia (albo przynajmniej rżnie głupa:) i brniemy w te chaszcze już po same uszy?
Zresztą nie bardzo już możemy wysiąść z tego pociągu w nieznane, bo właśnie mija rok od naszej utraty suwerenności kiedy to ś.p. prezydent Lech Kaczyński podpisał Traktat Lizboński. Nasz rząd jest więc marionetką w ręku KE, czy innych ponadnarodowych struktur, którymi, wybaczcie, ale nie wiem, kto steruje. Bo to, że nie są to struktury demokratyczne, nie jest niczym nowym.
Wprawdzie niektórzy ludzie rozumieją zagrożenie, niestety przeważnie niewiele mogą zrobić, bo niewiele od nich zależy, a macki systemu wrosły już niemalże w każdy element naszej codzienności.
Mimo wszystko, jeżeli Wy zrozumieliście mnie choć trochę, to pociecha w tym jakaś i nadzieja, że jak to się wszystko zacznie, a zacznie się już niebawem, człowiek nie będzie człowiekowi wilkiem, ani tchórzem i znajdą się ludzie, co powiedzą wreszcie głośno "dość" i nastąpi prawdziwa wiosna ludów, a nowe słońce wolności oświetli nasze przykurzone już nieco zdobycze techniki, będzie można odetchnąć swobodniejszą piersią i może wtedy wreszcie będzie żyło się lepiej.

© Wojciech Marchaj 2005    Powered by Free Site Templates


Podoba Ci któraś z powyższych stron? Chciałbyś mieć podobną? Zrobię taką stronę dla Ciebie!