Moja prywatna teoria bałaganu

By wytłumaczyć istotę zjawisk zachodzących na świecie, tych politycznych i tych społecznych przywołuję sobie najchętniej analogię wielkiego domu, w którym państwa to pokoje, siły polityczne to domownicy, a misterny układ stosunków i zależności międzynarodowych na świecie, to ich wzajemne relacje i przyzwyczajenia. Patrząc jak poszczególne narody wypracowały swoją pozycję na arenie światowej często myślę sobie o Anglii jako o salonie z kominkiem, w którym rozmyślamy pijąc dobrą herbatkę, ściągnąwszy książkę z wielkiego regału szukamy w niej natchnień; o Francji jako o spiżarni pełnej win, czy wykwintnych serów, hiszpanii jako o kuchni, w której przyrządzamy najrozmaitsze potrawy i gdzie panuje zawsze, choć kontrolowana, ale jednak duża dynamika, podobnie jak w jadalni - Holandii - gdzie przewija się dużo ludzi i idei, czy pokoju dziecinnym - Włoszech. Nieład ten niejednokroć mierzi nas trochę, bo potykamy się tam o różne rzeczy, no ale rozkosznym dzieciakom można przecież wybaczyć... Myślę o Grecji jako o pokoju kąpielowym, w którym także w trakcie kąpieli, w lecie panuje pewien nieład porozkładanych pachnideł, czy tkanin. Z tego pokoju, po kąpieli przechodzimy ostatecznie do którejś skandynawskiej sypialni, korzystając być może po drodze z sauny nomen omen fińskiej, gdzie oczekujemy już tylko ładu i bezpieczeństwa mającego zapewnić nam nocny odpoczynek. Ale w domu, oprócz tych pokazowych pomieszczeń są i takie, niewątpliwie niezbędne do jego funkcjonowania, które gościom pokazujemy rzadko, lub zgoła wcale: garaż - właściwie nic ciekawego, chyba, że pasjonujemy się motoryzacją, niemniej ważny punkt - to Niemcy. Jeżeli połączony z małym warsztatem korzystamy z niego również wtedy, gdy potrzebna jest nowa półka w kuchni, lub by naprawić fotel z salonu, czy piecyk z łazienki. Szwajcaria to taki sejf na kosztowności, Luksemburg - szafa na dokumenty. A dalej? Rosja - wielki strych pełen rupieci. Rzadko odwiedzany, acz wizyty tu bywają pasjonujące, zwłaszcza gdy potrzebujemy czegoś nietypowego. Polska - piwnica pełna konfitur, węgla i ... kartofli. Niby - zdawałoby się - nic ciekawego, dopóki nie przyjdzie sroga i głodna zima. Zima wartości, czy zima idei, ucząca przezorności. Warto zauważyć jakie subtelne więzi łączą sąsiednie narody wynikające z ich specyficznych natur: czyż szukając czegoś potrzebnego nie penetrujemy jednocześnie warsztatu, strychu i piwnicy? To co zawadza w garażu ląduje często na strychu (vide niemieckie patenty i licencje eksploatowane w Rosji). Czasami to, co potrzebne do prac w warsztacie zalega w piwnicy, jakieś skrzynki, cegły, czy beczki, bo w piwnicy więcej miejsca i nie przeszkadza. Mamy też pewne antagonizmy: metalowe części nie znoszą wilgoci piwnicy, bo tam rdzewieją, z kolei cebulki, jabłka, czy roślinki okopowe w suchości garażu dostają zmarszczek. I choć w domu miło i zacisznie, wychodzimy na dwór - na zewnątrz. Ileż tu nowych wrażeń! Widzimy studnię (kraje arabskie) subtelnie połączoną z domem życiodajną żyłą, widzimy kwiaty Ameryki Południowej, daleką łąkę Kanady, zabudowania gospodarskie Azji, gdzie to, co nie zmieściło się w domowym warsztacie, lub nawet małą halę produkcyjną - Japonię. Są także miejsca skryte, otoczone kolczastymi jeżynami patio w rogu ogrodu - Australia, lub zupełnie jałowe kamieniste drogi prowadzące do upraw w oddali - Afryce ze swoją Saharą. Na ostatku Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, które wyobrażam sobie jako biuro głowy rodziny, które może i nie znajduje się nawet w okolicy, ale wpływ tego, co tam się dzieje na dom i jego mieszkańców pozostaje nader istotny. Tak jak domownicy nie są związani ściśle z pomieszczeniami (choć w niektórych przebywają częściej niż w innych) tak siły polityczne nie są wyznaczane przez kraje - są ponadpaństwowe. W czasie gdy domownicy poruszają się po domu korzystając z jego dobrodziejstw jak i wypełniając swoje obowiązki nieodzownie powstaje pewien bałagan. Przeczytana książka wysunęła się z ręki dziadka, który zasnął w fotelu, na podłogę i tam już została. W kuchni pozostały niepozmywane naczynia, bo babcia spieszyła się na pociąg, pies rozwlókł swoje jedzenie po sieni, a syn pozostawił narzędzia na podłodze garażu, bo akurat naprawił swój motor i musiał się przejechać. I wtedy wraca z biura głowa rodziny, patrzy i mówi: "tak dalej być nie może", zarządzając domowe porządki, lub co gorsza ogłasza potrzebę remontu. Zwyaczaje domu to prawa, mniej lub bardziej przestrzegane, porządki to stan wojenny, remont to już wojna. A domowe sprzęty, rzeczy to - niestety - szarzy obywatele. Ci wtenczas przestają się liczyć. W trakcie porządków dziadek zadba przede wszystkim o to, żeby nie zaginęła jego ukochana fajka, a że rozdepta wtedy klocki wnusia, to już niestety mniejsza... Podobnie jest i ze społeczeństwem. Pewne uprzywilejowane kasty lepiej zniosą nowe obostrzenia niźli te się odbiją na tych bez specjalnych praw. W przypadku remontu - wojny - dochodzą jeszcze liczne, przypadkowe zniszczenia, porysowane podłogi (miasta) odrapane meble, wszechobecny pył ludzkich niskich instynktów, choć nie da się ukryć, że patrząc na nowe ściany, czy okna, odczuwamy pewną ulgę, nawet, rzekłbym, wstępują w nas nowe siły - wszak uwolniliśmy się od wieloletnich brudów, osadów i śmieci. Nie o tym jednak chcę pisać. Wróćmy do szarych obywateli - czyli jak przyrównaliśmy - domowych sprzętów. W trakcie choćby najstaranniejszych porządków zostaje na ich końcu zawsze kupka przedmiotów, z którymi nie wiadomo co zrobić, a wyrzucić żal... Fajna deseczka w piwnicy, osobliwy samowar na strychu, wygodny choć ułamany korkociąg z kuchni; sworzeń, czy zawleczka w garażu. Czyż nie rozważaliście wtedy boleśnie: rozstać się, czy schować, bo a nuż się jeszcze przyda? Te wszystkie fanty to elementy kryminogenne w społeczeństwie. O ile co do pewnych z nich w trakcie sprzątania nie mamy wątpliwości, na przykład do stłuczonej butelki (mordercy), czy skórki od banana (gwałciciele), że powinny one wylądować w śmietniku (zostać odizolowani, lub usunięci ze społeczeństwa), to co do innych, jak wymienione wyżej, nie jest to już takie oczywiste i potrzebna jest do wykonania tego zadania analiza, tak jak w przypadku ludzi odstających od społecznych norm, różnych dziwaków i dewiantów, budzi wątpliwości natury moralnej. W bałaganie (wolność idealna) egzystują oni sobie swobodnie pospołu z resztą, tak jak przedmioty ważne i potrzebne, wymieszane są z różnymi dziwactwami i rupieciami. Ma to swoje wady i zalety. Natychmiast jak te "rupiecie" wyrzucimy, staną się potrzebne, podobnie jak wraca zapotrzebowanie na wytępione w faszystowskim państwie idee. Z drugiej strony, jak wszystko wala się pospołu trudno cokolwiek znaleźć, tak jak trudno odróżnić dobro od zła w idealnym pluraliźmie. Jakie jest więc idealne rozwiązanie tego problemu? Zastanówcie się co zrobilibyście z taką kupką "niewiadomoczego". Ja, jako zwolennik wolności, tak długo rozdysponowywałbym taką kupkę pomiędzy pudełka, szufladki i skrzyneczki, aż zniknęłaby całkowicie. Ostatecznie ogarnięty lenistwem pozwoliłbym jej leżeć tam gdzie leży. I wtedy konstruując coś nowego i potrzebując nietypowego elementu spoglądam, nie znalazłszy go gdzie indziej, na tę właśnie kupkę, szukając tam natchnienia. Kto ma warsztat - wie, o czym piszę. Ale większość ludzi, która jest jednak na tyle przezorna, by tego nie wyrzucać, z reguły pakuje to wszystko do jakiejś skrzyni, lub wora i wynosi na strych. Identycznie jest w społeczeństwach. W tych liberalnych egzystują takie kupki - enklawy wolności - w które nikt nie ingeruje, a za ten przywilej może potem zaczerpnąć z nich czegoś wartościowego. W społeczeństwach umiarkowanie liberalnych, jakich większość dookoła, takie jednostki są izolowane wedle stopnia swojej dziwności w jakichś zakładach psychiatrycznych, gettach, czy więzieniach, a ich swoboda wyrazu ograniczana (vide worek, lub skrzynia), by inne "zdrowe" jednostki nie miały z nimi zanadto do czynienia. Wreszcie w społeczeństwach faszyzujących lub zgoła faszystowskich - bezwzględnie tępione. Nie trzeba chyba uzasadniać, że takie społeczeństwa są jałowe, choć na pierwszy rzut oka panuje w nich miły dla oka porządek. Zwracam uwagę, że i my, chociaż chlubimy się demokracją, w której panuje rzekomo wolność wypowiedzi, zmierzamy do coraz większego uporządkowania, przy pomocy rozmaitych środków, czy to kolejnych krępujących przepisów, czy uwarunkowań ekonomicznych, które są niestety ich pochodną. Jak nie wierzycie - spójrzcie wokół siebie. Coraz więcej sprzętów, postaw ludzkich, stylów życia, jest łudząco do siebie podobnych, bo pochodzących z jednej globalnej fabryki, czy to gadżetów, czy idei. Na koniec myśl dodająca otuchy i zarazem puenta. Jeżeli przyszło wam żyć w ustroju faszystowskim, lub faszyzującym, czyli takim, który do onego zmierza wielkimi krokami, pocieszcie się, że jednostek odstających, szukających prawdziwie własnej drogi, nie da się nigdy całkowicie wyeliminować, podobnie jak nie da się raz na zawsze pozbyć się bałaganu. Fakt ten został nawet wyrażony naukowo w postaci fizycznego prawa o nieustająco zwiększającej się entropii. Entropia (bałagan) układu zawsze wzrasta! Czyli wolność. Jedyne, co można zrobić z bałaganem, to go odizolować, tak jak w każdym domu musi, powtarzam: MUSI, znaleźć się taki pokój, komórka, czy w ostateczności szuflada, gdzie on się docelowo znajdzie i będzie zresztą nieubłaganie z niej, czy z niego wyłaził. Dlatego jeżeli chcecie obalić faszystowski lub faszyzujący system, to wspierajcie bałagan, wspierajcie różnorodność, myśl wolną, odważnie głoście swoje poglądy, by pozostała ta rozmaitość postaw, która będzie najlepszym piachem w tryby machiny jakiegoś bezwzględnego i zabójczego, bo jednolitego nowego porządku świata.

Amsterdam, styczeń 2010
Podziękowania dla Łukasza Niewęgłowskiego, za garść natchnień w tej kwestii.

© Wojciech Marchaj 2005    Powered by Free Site Templates


Podoba Ci któraś z powyższych stron? Chciałbyś mieć podobną? Zrobię taką stronę dla Ciebie!