Ostatni egzamin

Ten czerwiec był wyjątkowo nużący. Ze względu na moją sesję, upalne, zapierające dech w piersiach lato, które jak na złość przychodziło jeszcze w roku akademickim, a uciekać już przeważnie, jak to Polsce, próbowało w lipcu. Ty się odrobiłeś, pozdawałeś co miałeś i zadowolony próbowałeś wojaży po kraju, na przykład na wybrzeże, by się trochę rozerwać, a tu chmury, deszczyk, dreszczyk na plaży i to nieznośne poczucie, że minąłeś się ze swoim czasem.
Dlatego siedziałem w tym mieście, dorabiając sobie jeszcze trochę, korzystając z okazji, że inni nie zakończyli sesji tak gładko jak poszło mi w tym roku, albo po prostu tak gładko, jak to idzie na roku, na którym byłem. Korzystałem z ostatnich chwili beztroskiego studiowania, bez pracy, ale z kasą, niewielką, bo niewielką, ale zawsze dającą pewną niezależność no i poczucie wykonywania wolnego zawodu. Może też nie chciałem zostawiać swoich uczniów i uczennic, zawsze uczyłem do końca, tak długo jak chcieli i potrzebowali. Wiem, piękne to, ale nie do końca o to chodziło. Powód był trochę bardziej prozaiczny: jak przychodziły wakacje, święta i jakikolwiek czas, gdy studenci naukę mają w dupie, ja liczyłem wtedy każdą ubywającą drastycznie szybko złotówkę z portfela...
Grunt, że ku obopólnej korzyści jechałem teraz tramwajem do południowej dzielnicy miasta, w letnim kurzu i duszności, by dwóm sympatycznym laseczkom tłumaczyć arkana stochastyki. Egzamin tuż tuż, zamówiły u mnie jeszcze jedną krótką lekcję, bym przejrzał zadania, które samodzielnie rozwiązywały. Lubiłem bardzo te korki, bo były pojętne, przeważnie się przygotowywały, więc było o czym rozmawiać no i... no właśnie. Te ciałka! Letnie upały sprzyjały rozbieraniu mi ich w myślach na jakiejś dzikiej plaży... ech. No ale ja, przedstawiciel nauki, wyższej kultury reprezentowanej przez Poissona, Bernoulliego, powinienem był się skupiać na czym innym. Cóż z tego, gdy niewykorzystane zwoje mojego mózgu wędrowały jak chciały bezczynne na różne dziwne meandry mojej męskiej wyobraźni...
Usiedliśmy jak zwykle w ich pokoju (mieszkały w mieszkaniu studenckim z jeszcze jedną koleżanką, ale ta wyjechała chyba już na wakacje) i widać było, że jesteśmy sami. Muzyka, która zwykle dobiegała z sąsiedniego pokoju ucichła, tylko letni wiaterek hulał przez otwarte okna, ale nie przynosił ulgi, tak wielki był upał. Z podwórka dobiegały hałasy dzieci dokazujących wokół rozwalonego kamienicznego śmietnika.
Ania i Wiola, bo tak miały na imię, usiadły z moich obu stron na kanapie, żeby mogły widzieć, co piszę i zacząłem przeglądać ich rozwiązania. Jak zwykle sporo pokreśliłem, ale nie tylko z powodu błędów (na szczęście drobnych), tylko pokazując lepsze, bo szybsze, metody na egzamin.
W miarę upływu minut zauważyłem, że ich rozproszenie wzrasta, wierciły się, patrzyły na mnie jakoś dziwnie. No ale cóż, w tym upale, nawet i ja kojarzyłem fakty jakoś wolniej.
Ania wstała i zapytała, czy nie chcemy wody, lub soku. Ja poprosiłem sok (lubię słodkie), Wiola też. Po chwili wróciła, niosąc sok dla nas i wodę dla siebie. Odprowadziłem ją wzrokiem i dałbym głowę, że pod bawełnianą krótką spódniczką nic już nie miała ubrane, bo do tego, że obie nie nosiły staników już przywykłem. A może to tylko ja miałem wakacyjnie podkręconą wyobraźnię?
Woda była straszliwie gazowana, albo po prostu takiego gatunku, że otwarta zrobiła mini gejzer i zalała Ani zeszyt i część bluzki. Wiola zachichotała, a Ania popatrzyła przez chwilę na moją reakcję - omiotłem ją widać zbyt dokładnie wzrokiem - bo westchnęła w sposób, który nie do końca wiedziałem, co miał oznaczać.
Wszyscy byliśmy rozgrzani i zapachy naszych perfum mieszały się ze sobą. Ja miałem za sobą wprawdzie podróż przez miasto, na szczęście byłem szczupły i pociłem się tylko w ekstremalnych sytuacjach. Dziewczyny wyszły świeżo spod prysznica, bo Wiola, jak wszedłem, chodziła jeszcze z mokrymi włosami po przedpokoju i doszła chwilę później.
Zostało jeszcze jedno zadanie z nasionami kukurydzy. Jakie jest prawdopodobieństwo nierównomiernego (w rozumieniu istnienia pustych od wykiełkowanych ziaren metrów) zasiewu ara z zasobnika zawierajacego tyle a tyle nasion, kiełkujących z p-stwem p każde, skoro zasobnik rozrzuca je według rozkładu...
Ot, zamieszane celowo przez autora, trzeba było jednocześnie rozważyć dwa rozkłady i obliczyć prawdopodobieństwo warunkowe. Wytłumaczyłem na czym rzecz polega, dokonałem jednego obliczenia, ale widziałem, że to już było zdecydowanie za dużo jak na dzisiejszy upał. Wiola stwierdziła, że takiego na pewno nie będzie, a nawet jeżeli będzie, to ona go nie będzie rozwiązywać, tylko skupi się na tych standardowych.
Podziękowały mi za lekcję, Ania zażartowała (a może nie?) że beze mnie to przepadłyby z kretesem na tych studiach i odprowadziły mnie do przedpokoju. To ile ci płacimy? spytała Ania Cztery dychy - dopowiedziałem, bo dziś lekcja była krótsza niż zwykle Ania wspięła się na palce i próbowała ściągnąć torebkę z półki, ale ta spadła na ziemię. Mimowolnie wodziłem wzrokiem za jej tyłeczkiem i byłem już teraz pewien. Nic nie miała założone pod spodem. Do tego miała założone japonki. Niby nic dziwnego, ale zawsze japonki do krótkiej spódniczni na zgrabnych nogach działały na mnie jak czerwona płachta. Schyliła się po torebkę i jej krótka spódniczka podskoczyła na ten moment ukazując śliczne krągłe pośladeczki. Zrobiło mi się gorąco - pora była już wychodzić. Ania wyciągnęłą z portmonetki banknot pięć dych i dała mi. Teraz ja z kolei wykonałem serię niezdarnych ruchów, próbując znaleźć pozostałą dychę. Kieszenie miałem wypakowane bardziej niż zwykle, bo przyszedłem tylko w koszuli z krótkim rękawem i bojówkach za kolano. A razem z kasą miałem tam klucze, dokumenty no i niestety gumki, które wyrwane z resztą potoczyły się zdradziecko po podłodze... No właśnie, skąd wzięły się gumki w mojej kieszeni? Bo chyba nie myślicie, że zabrałem je specjalnie... Otóż nie, nie zabrałem, po prostu kupiłem, bo natrafiłem dzisiaj w sklepie na moje ulubione, w odpowiednim rozmiarze i z fajnego cienkiego latexu. No to wtopa - pomyślałem. A miałem nadzieję z twarzą zakończyć naukę w tym semestrze... Ania spojrzała na pudełko, uśmiechnęła się przewrotnie i rzuciła zaczepnie: Widzę, że natura wyposażyła cię nie tylko w talent do uprawiania przedmiotów ścisłych, ale i... Podwinęła stopę i oparła o ścianę. Jej nóżki szkliły się od gorąca. Zatkało mnie. Nagle kocim ruchem znalazła się przy mnie, zbliżyła swoje usta do moich, ścisnęła moją nogę swoimi udami, włożyła rączkę pod koszulę rozpinając delikatnie pierwszy guzik od dołu i wyszeptała wysuwając języczek: do przetrenowania mojej przegrzanej cipki... W tym momencie straciłem rozeznanie, co się dzieje, dokumenty upuściłem na ziemię, brzęknęły klucze, Wiola gdzieś znikła, a ja zostałem pociągnięty do drugiego pokoju, w którym zauważyłem tylko, że panował wielki pościelowy nieład. Moja koszula gdzieś opadła, a Ania rozpięła bez ceregieli pasek moich bojówek, zsunęła slipki, naciągnięte na maksa na mojej męskości i poczułem tylko gorąco jej ust, tak wielkie, że myślałem przez chwilę, że przeceniłem swoją odporność i swoje długie ćwiczenia, które wykonywałem na potrzeby wakacji.
Wtem do pokoju weszła Wiola, ubrana tylko w swoją żółtą bluzeczkę. Jej rude włosy cudownie kontrastowały z tym kolorem, który z kolei na moich oczach zlał się z kolorem włosków na jej podbrzuszu, gdyż Wiola weszła bez spódniczki i bez majteczek. Teraz dopiero pojąłem, że musi być naturalną blondynką, przefarbowaną tylko na drapieżne rude. Gorąco popłynęło mi od piersi do podbrzusza widząc jak uchyliła usteczka i pokazała przez moment swój języczek. Dobrze, że Ania w tym momencie przerwała, bo skończyłbym szybciej niż myślałem, podniosła się i popatrzyła mi prosto w oczy, lubieżnie, prowokująco, wyciągnęła swój języczek, totalnie zbijając mnie z tropu. Nie minęło pięć sekund, gdy poczułem dwa jezyczki w moich bokserkach i tego już było za wiele. Po niedługiej chwili odsunąłem Wiolę, która teraz owijała mojego penisa języczkiem i wyszeptałem: dziewczyny przestańcie, przestańcie, bo nie wytrzymam... Wtedy Wiola wstała, dotknęła paluszkiem mojej dolnej wargi, a ja nie wiedzieć czemu polizałem go. Wtedy rzuciła się na łóżko i dotknęła nim swojej łechtaczki, po czym zaczęła się delikatnie masować. Stałem oniemiały pod tą ścianą i nagle spojrzałem w dół na wypięty goły tyłeczek Ani, która opierała się o krzesło, trzymając swoją spódniczkę w górze jednym paluszkiem. Ania odwróciła się i widząc moją chwilę wahania, zgięła drugą rękę i odsłoniła swoje ramię spod bluzeczki ukazując plasterek. Chodź, mój specu, pokaż, czy potrafisz nas czegoś jeszcze nauczyć - wyszeptała prowokująco. Chwilę później, na oczach Wioli, zatopiłem się w jej gorącej cipce i poczułem jednocześnie jaka była cudownie ciasna. Czułem jej gorące pulsujące fałdki od środka, uderzałem rytmicznie w jej krągłe pośladki. Przygryzłem delikatnie jej uszko i powiedziałem nie wiedzieć czemu: może weźmiemy też Wiolę, żeby nic nie opuściła z lekcji? Ania roześmiała się przewrotnie i powiedziała mi na ucho: Wiola jeszcze tego nie robiła, nie wiem, czy powinna, bo wcześniej nie chciała... Wiola patrzyła na nas, nagle wstała i ocierając się cipką o moje udo włożyła swój języczek do moich ust i owinęliśmy się wokół siebie, włożyłem ręce pod jej bluzeczkę i wyczułem małe, ale jędrne i twarde piersi. Kutasa miałem cały czas w cipce Ani i nagle pomyślałem sobie: no nieźle trafiłeś jak na wakacje. Na pewno chcesz jechać do tych Międzyzdrojów? Moje rozmyślania przerwał jęk Ani. Poczułem, że mój penis nagle zrobił się cały mokry, choć nie miałem jeszcze wytrysku. Ruchy języczka Wioli stawały się coraz bardziej spazmatyczne, nagle odsunęła mnie i powiedziała - ja też chcę, ale nie tak, inaczej. Po czym wyciągnęła spod kołdry moje gumki odpakowała jedną i dała mi mówiąc "ale z tymi". Po czym położyła się na boczku, wypięła pupę, polałała sobie drugą dziurkę olejkiem do opalania i zaczęła znowu pieścić swoją łechtaczkę, chwilę mojego osłupienia wykorzystała Ania i nałożyła mi gumkę, którą trzymałem w ręku. Weszła gładko, ciągle miałem na sobie jej soczki i ona to widziała. Spojrzałą mi głęboko w oczy i uważnie dobierając słowa powiedziała mi na ucho: Na co czekasz panie nauczycielu? Zabierzesz ją w jej pierwszą podróż? W tym samym momencie rzuciłem się na łóżko i słysząc nasilające się jęki Wioli delikatnie wszedłem w jej drugą dziurkę i jeszcze delikatniej zacząłem się w niej poruszać. Wiedziałem, że zaraz skończy się to wielkim orgazmem, którego nic już nie było w stanie powstrzymać. Wiola spojrzała na mnie jeszcze raz lubieżnie, zamknęła oczy, wydęła usteczka i skurcz chwycił jej pulsujące bioderka. Ja w tym czasie poczułem języczek Ani, który dostał się ni z stąd ni z owąd między skórkę Wioli a moją twardą lancę i strzeliłem gorącem w swoją delikatną gumkę, którą kupiłem sobie na okoliczność wakacji. Po chwili leżeliśmy nago we troje oddychając w przyspieszonym tempie i smakując własną lubieżność, zapachy i letni wiatr, który poruszał firanką przez otwarte okno pokoju Ani. Ostatecznie wyjazd do Międzyzdrojów postanowiłem zostawić celebrytom, emerytom i rozwrzeszczanej gównażerii, a samemu pozostać w wyrafinowanym świecie panów Poissona i Bernoulliego.

© Wojciech Marchaj 2005    Powered by Free Site Templates


Podoba Ci któraś z powyższych stron? Chciałbyś mieć podobną? Zrobię taką stronę dla Ciebie!