Tylko prorok zna ukryte wady konia i niewiasty...

Dlaczego mężczyźni przywiązują taką wagę do samochodów? Bo to, że do kobiet, to jest rzecz jasna, ale dlaczego do aut, skoro choć troszczą się na przykład o swoje domy, czy mieszkania, to auto jest czymś więcej, czymś w rodzaju przedłużenia własnej osobowości? Jak to się dzieje? Ano wysuwam tezę, że traktują je jak swoje kobiety, zarówno przy wybieraniu, jak i utrzymaniu. Zastanówcie się jak czuliście się wybierając swój pierwszy samochód, te emocje, ten dreszczyk... Żaden z was pewnie nie przyjrzał się w jakim stanie są luzy na wałkach, drążkach, co najwyżej spojrzeliście pobieżnie na miskę olejową, czy nie kapie z niej olej, a nawet jak kapał, to często to wybaczaliście, bo ta sylwetka, te chromy, ta linia, ten agresywny wygląd, te przyciemniane szyby, te basy w środku... Eeee no dobra robię sobie trochę z was żarty, ale czyż tak samo jak wertowaliście tę gazetę z ogłoszeniami, lub serwis aukcyjny nie patrzyliście wygłodniałym wzrokiem na zgrabne tyłeczki w obcisłych spódniczkach na szalonej imprezie? I daję głowę, że fajny ciuch, zrobiony makijaż przesłonił wam prawdziwe wnętrze, charakter, tak jak jak te spojlery, czy ciemne szybki odwróciły waszą uwagę od niepokojących szmerów wydobywających się z okolic rozrządu, których zresztą w tym wieku i z tym doświadczeniem i tak nie wyłapalibyście. Ludzie mniej odważni, starają się od samego początku spojrzeć na sprawy możliwie jak najrozważniej, żeby nie powiedzieć chłodno. Ci kalkulują cenę, spalanie paliwa, wygląd, praktyczność i setki innych cech, o których czytają masę na forach, choć nie zmienia to faktu, że nie czują tego blusa, bo nie mają praktycznego doświadczenia. Toteż przeważnie nie są zadowoleni ze swojego wyboru, albo tylko udają satysfakcję przed innymi, żeby nie wyjść na frajera. Kolejni, uznający tylko auta nowe, w których nikt nie zarysował jeszcze cylindrów, mniej lub bardziej uważnie, zależnie od ich ogólnej motoryzacyjno uczuciowej ogłady docierają nowy egzemplarz napotykając na różne dziwne niespodzianki, wymagające natychmiastowej wizyty w serwisie autoryzowanym, albowiem fabryka, która "wychowała" naszego wybranka, czy wybrankę, zlekceważyła proces technologiczny, niczym w Kijewskij Motornyj Zawód, gdzie w czasie wojny strach było kupić cywilny motocykl, w którym niejednokroć zapominano zahartować część, bo wszystko co lepsze, łącznie z mało pijącymi pracownikami szło na potrzeby produkcji militarnej... Wreszcie ostatni, lubiący postawić wszystko na jedną kartę, którym dana była taka możliwość, miast patrzeć z wyrachowania na rocznik, gwarancje i ogólną ergonomię, tak jak patrzą na kobiety ci, którzy egoistycznie boją się o swój majątek wniesiony do wspólnego stadła, unieśli się gestem, ułańską fantazją i postawili na auta drogie, rzadkie i zupełnie odjechane, mając za nic dostęp do późniejszych części, czy kłopotliwe naprawy i kupili sobie starego chevroleta, albo wysublimowanego wiekowego anglika, jakiegoś triumpha, czy jaguara, który pierwszą młodość miał już dawno za sobą, ale ciągle cieszył oko "tym czymś", nie starzejącym się luksusem i osiągami. To coś jak wyuzdani chłopcy wiążący się z paniami grubo po 30stce, szukający wrażeń i mających za nic lamenty rodziny i opinię społeczną. Czyż nie jest tak właśnie? W nagrodę za ten odważny gest otrzymują wyrafinowany seks, na który nie była w stanie się zdobyć ich rówieśnica, ze względu nie tylko na brak doświadczenia, ale i odwagi. Dlatego też kobiety (jak i mężczyźni!) z odzysku cieszą się całkiem sporym wzięciem, wiadomo, że sprawdzony model, tylko może jednen z drugim (czy jedna z drugą) nie umiały się z nim obchodzić. Podobnie jak wolimy iść do komisu i wypatrzyć jakiś fajny, stary model dobrego sportowego samochodu, ktory stoi zaniedbany z niewykorzystanymi możliwościami, bo poprzedni właściciel używał tych 300 koni by dojechać pół kilometra do kościoła nie pozwalawszy mu sie nawet rozpędzić, podobnie jak głupia, czy gnuśna żona, nie potrafiła wykorzystać mózgu, technicznego ogarnięcia i talentów swojego meża, albo rozkoszy jego wielkiej pały, bo wyuczono ja w domu, że seks tylko pod kołderką i dla prokreacji, takoż i głupi i prostacki mąż nie odkrył demona seksu w swojej kobiecie, bo nie potrafił się należycie zabrać paluszkami do jej kobiecości, czy zagrać w łóżku tygrysa, a nie rozlewniwionego hipopotama. A z nowym - nie wiadomo, czy nie nieudacznik, czy podoła trudom życia, podobnie jak istnieje obawa, ze nowy koreański wyrób samochodopodobny mający znaną markę tylko w znaczku nie zacznie rdzewieć po 2 latach trzymania pod chmurką, elektronika robić głupie numery, a kilkadziesiąt tysięcy złotych i do tego w kredycie wyj...ane, więc z interesu za szybko wyjść nie bedzie można... Kobieta luksusowa to dla mnie na ten przykład auto typowo sportowe. Ta linia, to wykończenie i te... OSIĄGI!!! Ciężko wymagać od niego by pokonywało błoto na wiejskiej drodze, lub nadawało się do przewiezienia kilku worków kartofli. Prawdopodobnie nie zmieściłyby się nawet w malutkim bagażniku. Tak też nie wymaga się od kobiet luksusowych, by dźwigały siaty z zakupami, a w ich torebce zmieści się co najwyżej jogurt lub batonik, w najlepszym wypadku - banan. Czy to dobrze, czy źle? Otóż takimi kategoriami nie można tego mierzyć. Komu innemu spodoba się kobietka hipiska, lub taka, która uwielbia przebywać na łonie przyrody, a dużo lepiej czuje się w subtelności wsi niż w zgiełku wielkomiejskich balang, czy zakupów. Jest dużo bardziej odporna na wielokilometrowe spacery, na niedostatki cywilizacyjnych udogodnień, podobnie jak auto terenowe lepiej radzi sobie na piaszczystej leśnej drodze, w głębokim śniegu i niskich temperaturach, czy zgoła we wiejskim błocie. I choć osiągów niejednokroć nie można mu odmówić, to znawcy szybko zauważą, że kształty jego są raczej pospolite, no może nie siermiężne, ale z linią sportowego włoskiego nadwozia nie mogą się równać, choć często gęsto zdarza się, że jego wykończenie, jeżeli tylko właściciela na to stać, potrafi być bogate i cieszące oko. Mamy wreszcie auta czysto użytkowe. Nie ma w nich jakiejś super stylistyki, czy właściwości terenowych, niemniej 150 km/h polecą i co najważniejsze, zawsze są do usług. Nie miewają kaprysów, nie kosztują wiele w utrzymaniu, można nimi i przewieźć lodówkę i pojechać do klubu. Są uniwersalne, tak jak auto może być uniwersalne. A psują się dopiero wtedy, gdy naprawdę je zaniedbamy. Trzymane przeważnie pod blokiem, niechybnie tracą swój niewielki blask, które miały, gdy były młode i nic w tym dziwnego. Któż inny zniósłby takie traktowanie? Podobnie jest ze zwykłymi ładnymi dziewczynami, które w swoim małżeństwie traktowane są byle jak, pospolicie, a muszą radzić sobie z wszystkimi problemami codziennego szarego życia. Są oczywiście i tacy mężczyźni, którzy podobnie jak chuchają i dmuchają na swoje auta, nawet te, które stoją pod blokiem, tak chuchają na swoje kobietki. I tu natrafiamy na koleją uderzającą analogię. Facet, który leży pod swoim autem na blokowym parkingu i na kilku pustakach zabezpiecza swoje auto przed korozją super hiper smołą na lata podobnie wyręczy swoją wybrankę w noszeniu ciężkich zakupów, czy zafunduje jej trochę luksusu, na który oczywiście będą mogli sobie pozwolić. Ten nawet najlepszy samochodowy kosmetyk, nie zastąpi oczywiście ocynkowanej blachy pod spodem, którą to posiadają tylko auta z górnej półki, ale kto wie, czy nie przetrwa ono dłużej niż to drogie, olane, bite i pozostawione na słotę pod chmurką. Oczywiście najlepiej mieć luksusowe auto w ciepłym garażu i jeszcze dbać o nie, ale kogóż będzie na to stać? Dlatego wymyślono auta typu SUV. Ma toto dobre osiągi, wszak nowa wyrafinowana technologia drzemie pod maską. Idzie 2 paki po autostradzie, a i w wypadzie do lasu da sobie radę. Cena jest przystępna, bo materiały niestety wyliczone tylko na pewien okres czasu i przebieg kilometrów. Stylistyka w miarę fajna, niektóre z wyższych półek są nawet trwałe, mają rozliczne bajery i udogodnienia praktyczne. Coś jak małżeństwo kontraktowe - 15 lat, wychowanie dzieci, a później adios. Ale jest jeden problem. Niby wszystko OK, ale nie mają tej iskry, tego szaleństwa w sobie. W takim SUVie wszystko na swoim miejscu, ale zusammen amen do kupy, jakoś nie tak. Nie umywa się toto do Kotka, do Porchawki, czy Materaca. Daleko, oj daleko! Niekiedy, roztropni, sporządzają wyczerpującą listę wymagań odnośnie rozwiązań konstrukcyjnych i stanu. Nie ma tu tej fascynacji, zakochania, wybaczania drobnych wad, ale jak już dojdzie do transakcji satysfakcja jest niezaprzeczalna, czasem nawet, po odczekaniu wiele lat, aż trafi się wymarzony egzemplarz, przeradza się w coś na kształt fascynacji, która zapewne trwa dłużej i jest dojrzalsza. Czasem z tego wyrachowanego rachunku wyjdzie coś, co nas samych zdziwi, że oto poznaliśmy wreszcie siebie, nasze potrzeby, nasz styl życia, który chcielibyśmy praktykować. Ongiś sporządziłem taką listę wymagań dla swojego pierwszego samochodu: duży (kobiecość), tani w eksploatacji (oszczędność i małe wymagania), stylowy (zadbanie), prosty w konstrukcji (nie strzelająca fochów), a więc zabytkowy (klasyczne wychowanie), z naszej szerokości geograficznej (no, Polka), z dużym bagażnikiem, hakiem, gazem (taka, żeby ogarniała różne sprawy) i wyszła mi... Wołga. Byłem zdziwiony, ale kupiłem ufając temu rachunkowi sumienia i... moje zadowolenie, euforia niemal trwała przez wiele lat, aż głupi być może, zapragnąłem kosztem większej pracy czegoś bardziej wysublimowanego... Od tej pory ostatecznie straciłem kontakt z rozumieniem, co się dzieje w moim aucie. Takoż i z kobietą. Wiem, że nic lub na pewno niewiele wiem... No ale cóż, gdy dokonamy już wyboru, przejedziemy ileś tam kilometrów przychodzi często na niejednego z nas taki czas, spada na niego taki stan, że nie chce mu się już chwytać za gąbeczkę, czy śrubokręt, a ilość rzeczy, które należałoby zrobić, a nie zostały zrobione czy to przez zaniedbanie, czy przez niewiedzę popartą przez lęk, bezsilność czy rezygnację, sprawia, że najchętniej nie myślelibyśmy już o swoim ukochanym samochodzie wcale. To zupełnie to samo co narosłe przez lata związku nieporozumienia, zaniedbane uczucia, wyolbrzymione lęki i niestety, także wrodzone ułomności, czy wady, tak jak wady fabryczne mogą mieć nasze pojazdy, które skutkują niekończącym się ciągiem napraw, wymian i frustracji. Decydujemy się wówczas na ten krok - sprzedaż auta, a rozstanie z kobietą. Od tego kluczowego momentu nasze relacje ulegają radykalnej zmianie. Auto odstawiamy na parking, jeżeli możemy, lub mamy inne na oku (kochanka), lub co gorsza mamy już inne i teraz skupia całość naszej uwagi. Biada nam, jeżeli nie możemy go jednak mieć nie sprzedawszy starego, tak jak nasza nowa miłość zwabiwszy nas swoimi wdziękami stawia teraz twarde warunki, albo rozwód, albo odchodzę. Lepiej już jak po prostu nasze stare auto przykrywa już kurz, aczkolwiek nie piłujemy go w ferworze, bo chcemy okazyjnie sprzedać. I ta analogia jest porażająca. Z kimś z kim zdecydowaliśmy się na rozwód mamy dwojakie stosunki: albo załatwiamy sprawy w zgodzie, ale i nie uprawiamy seksu - totalna obojętność, ale i umiarkowany szacunek - nie wojna, której nie chcemy, bo szkodzi nam obu. Chcemy to przeprowadzić w cywilizowany sposób. Tak jak w dobrym stanie chcemy przekazać auto nowemu właścicielowi, kompletne, wybłyszczone, a nawet z dokonanymi niezbędnymi naprawami, na które wcześniej nie było czasu i pieniędzy. Ale to niestety rzadkość. Druga opcja - walka. Nie chcemy się pozbyć, żal nam, być może jesteśmy do tego w jakimś stopniu zmuszeni, albo znienawidziliśmy swoją kobietę, przez przelaną czarę frustracji, goryczy, nie możemy już na to wszystko patrzeć i znęcamy się do samego końca, który jest katastrofą. Bo oto stoi on, czy ona, nowy, tajemniczy, nęcący, napewno idealny, tak nam się przynajmniej wydaje, lub przynajmniej o całą klasę wspanialszy. I choćby to był super krążownik rodem z amerykańskiego snu, to nie przerazi nas w nim nawet zatarty silnik, który owinięty w zaolejone szmatki czekał będzie na nasz klucz, czy śrubokręt, a nawet maszynę tokarza. Zakurzone i podarte kanapy dostaną nowe poszycie ze skóry, na najbardziej zapchlonym bazarze u największego buca kupimy za grube pieniądze oryginalny znaczek na maskę niczym pierścionek ukochanej tylko dla jej gorącego temperamentu, stylu bycia, klasy, wybaczymy wszystkie fochy, rozlane po garażu oleje, przepalone kable, chociaż w starym aucie nie chciało nam się już nawet naoliwić zamka, lub co gorsza kopaliśmy drzwi, by się zamknęły. Lecz ten brak wyrozumiałości, ten nagły poryw serca, zakrzyczenie sygnałów zdrowego rozsądku, głosów rozumu zemści się na nas już niedługo, kiedy zorientujemy się, że nasza nowo wymuskana maszyna, w której pokładaliśmy takie nadzieje, w jej 200 konnym silniku, w jej ryku silnika zacznie nam stroić fochy i zapalać tylko co drugi raz? Wówczas pchając nasze ukochane 2 tony po poboczu przeklniemy i jej temperament, który jak łaska opatrzności na pstrym koniu jeździ. A razem z nim pokładane nasze nadzieje. Wreszcie dostrzegamy wady fabryczne, potworne spalanie niczym przepuszczanie wypłaty w drogich butikach, którego nie można niczym zbić, bo po prostu ten typ tak ma i walka z tym nie ma najmniejszych szans powodzenia. Widzimy wówczas że ta nasza kobieta pod tym względem jest niereformowalna, chyba, że będzie siedzieć w domu przykuta chorobą, beznadzieją, starością, niczym auto pod grubą warstwą kurzu czekające lepszych czasów,które nigdy nie nadejdą, albowiem lepsze jutro było wczoraj. Niejeden wówczas ucieknie myślami do starego poczciwego szrotka, który być może leży już na złomie, a może jednak stoi zardzewiały pod plandeką na parkingu? Niewątpliwie przygnębiające to wszystko, ale są też i aspekty urzekające w tym całym porównaniu. Każdy z was zapewne zna takich mężczyzn, którzy swoje stareńkie wiekowe auto nie tylko pucują, naprawiają, znają do ostatniej śrubki, ale i usprawniają, przywracają do pierwotnego blasku restaurują. Ba! Ja znam nawet takich, co co dwa lata rozbierają do ostatniej śrubki, smarują, zabezpieczają, by tylko nie chwyciła go korozja. Czyż to nie urocze? Nie do pojęcia dla pozostałych "egoistów". A bezwarunkowo najsłodsze to jest, gdy jeszcze to jest zarazem ich pierwsze auto, bo nabyte w czasach, gdy było czymś wyjątkowym, co darzyło się wielkim szacunkiem i troską. Są też i tacy, którzy odkupują swoje pierwsze fury, które kiedyś nieopatrznie sprzedali, z głupoty, czy sytuacja ich do tego zmusiła. Wracają silniejsi, bogatsi mądrzejsi i robiąc blacharkę walczą z dawnymi zaniedbaniami. Ale cóż, pierwszą furę i pierwszą kobietę wybiera się sercem, kolejne już niestety wyrachowaniem, ale też bardziej wysublimowanym gustem. Nie ma w tym nic złego, przypomnijcie sobie ile frajny sprawiło wam wożenie się ze znajomymi swoim pierwszym kredensem, czy koltem. Ilekroć potem zmienialiście auto na bardziej nobliwe, tym szybciej się nim nudziliście. Być może nie psuło się tak jak to pierwsze, podobnie jak następne kobiety nie robiły wam już takich namiętnych awantur, ale dreszczyk emocji towarzyszył wam tylko przez kilka pierwszych tygodni, a później jazda nim powszedniała. Oczywiście cieszyliście się z fajnego przyspieszenia wgniatającego w fotele, czy ogólnie eleganckiego wykończenia, czy ergonomii, ale do tej namiętności tego bicia serca nie ma już powrotu, tak jak nie ma powrotu do bycia młodym. A kiedy już nauczeni wiekiem i mnogością doświadczeń z różnymi egzemplarzami znudzicie się ciągłym zmienianiem w pogoni za niewiadomo czym i o ile nie wsiądziecie na rower (tej analogii może nie będę rozwijał) zostawiając w sinej dali te wszystkie problemy, zrozumiecie, że właściwie nie liczy się natura, tylko to coś, co sprawia, że oczy się Wam świecą od pierwszego wejrzenia, że czujecie błysk, powab, niezaprzeczalne spontanicznie doświadczone piękno, a cała reszta przynależy już tylko do naszego niedoskonałego świata i przeminie razem z Wami, a może nawet szybciej, gdyż wszystko płynie i nie sposób zatrzymać mieniących się uroków świata.

© Wojciech Marchaj 2005    Powered by Free Site Templates


Podoba Ci któraś z powyższych stron? Chciałbyś mieć podobną? Zrobię taką stronę dla Ciebie!