W dawnych czasach "ciemnego" średniowiecza lichwę, czyli pożyczanie pieniędzy na procent, karano śmiercią. No ale to było "ciemne" średniowiecze, powiecie. Teraz mamy "światłe" czasy i życie z odsetek nie tylko nie stanowi niczego zdrożnego, ale jest to wręcz finansowy wzorzec, do którego należy dążyć! Czy aby na pewno? To dlaczego w średniowieczu, kiedy nie było prądu, lekarstw, broni palnej, samochodów, narody Europy podbijały po wielekroć Bliski Wschód w czasie wypraw krzyżowych, a teraz nawet boją się tam zapuszczać, mało tego, lada dzień uzbrojone po zęby rzesze muzułmanów wyrżną w pień niemieckich spasionych emerytów i skłóconych do granic możliwości Polaków (oskarżających się przy tym nawzajem o swoję nędzę) i inne nacje zasuwające jak niewolnicy w dobie takiego niewyobrażalnego postępu technologicznego!? Otóż zaryzykuję tezę, że przewaga ta polegała na stabilności systemu finansowego w tamtych czasach. Na czym więc ta stabilność niby polega?
Rozważmy wpierw dwie hipotetyczne sytuacje. Pierwsza to taka, że pieniądzem w obiegu jest jakiś mityczny (bo np. dany od bogów/kosmitów) pierwiastek, metal, czy cokolwiek, czego ilość jest stała, z góry określona i w żaden sposób niezmienna, zesłana oczywiście w trakcie jakiegoś genesis, objawienia, czy innego umownie nazwanego punktu startowego. Od tego punktu rozważana populacja posługująca się tym pieniądzem dokonuje pewnego postępu technologicznego, ewolucji, co skutkuje pojawieniem się w obiegu pewnych nowych dóbr, jakości niedostępnych wcześniej. Dobra te są na tyle ponętne, że nowo narodzone "świeżaki" w tejże populacji za nic mają kult owego danego ich rodzicom przez kosmitów kruszcu "lecą na tandetę" jakiegoś nowego superhiper kieszonkowego komunikatora, paralizatora, czy teleportera. Gdy dorastają, być może i sami dorzucają coś do puli ogólnie dostępnych technologii i zabawek, przez co ich ilość w obiegu stale się zwiększa. Pytanie, czy mogą sobie na nie pozwolić? Oczywiście, wszak nie jest to żadne wielkie halo, wszędzie tego pełno i każdy coś tam nowego ma, czym może się podzielić. No ale wspomnieliśmy na początku, że ilość pierwiastka będącego pieniądzem jest stała, bo z góry dana (dosłownie) i zakładamy, że jest to jedyny możliwy (uprawiony) środek wymiany. Nietrudno się domyśleć, że wymiana na nowe gadżety następuje (ku satysfakcji starego pokolenia) za mikroskopijne wręcz ilości tej umownej waluty. Następuje zjawisko potocznie zwane deflacją pieniądza.
Odwrotna sytuacja, inflacja, jest większości z nas (przynajmniej tym, którzy "przeżyli" szalone lata 90te...) dobrze znana. W błyskawicznym tempie rosnaca liczba zer (niemalże z każdą kolejną pensją) na banknotach, przy jednoczesnym kończeniu się zasobów klasyków, których sylwetkami można by je zadrukować...
Intuicyjnie wyczuwamy, że obie sytuacje są niewłaściwe. I słusznie, bo pieniadz powinien spełniać rolę służebną gospodarce, a nie gospodarka pieniądzowi, jak to się niejakiemu panu Leszkowi B. wydawało i wydaje, przez co Polska stała się permanentym dłużnikiem, a jej obywatele permanentymi nędzarzami...
Innymi słowy pieniądz powinien odzwierciedlać aktualną ilość dostępnych do kupienia dóbr w gospodarce, przez co ceny powinny być z grubsza stałe. Gdy wraz z postępem technologiczym dóbr przybywa, pieniądz winien zostać dodrukowany, a nadwyżkę powinien przejąć... no właśnie. Kto? Na to pytanie postaram się odpowiedzieć w dalszej części tego wywodu.
Coś w tym stylu panowało właśnie w średniowieczu, pieniądzem było złoto, a jego ilość była z grubsza stała. Przybywało go (nie za wiele) tylko wtedy, gdy ktoś je wykopał, co z grubsza odpowiadało postępowi technologicznemu (nie za szybkiemu).
Prawdziwą tragedią było w kolejnych wiekach złoto Inków i Azteków przywiezione przez Pizzaro, Korteza i im podobnych, gdyż bynajmniej nie przyniosło dobrobytu, a upadek Hiszpanii... Spowodowało właśnie inflację. No i oczywiście lepsze zrozumienie mechanizmów finansowych, o czym niestety większość już albo zapomniała, albo nigdy się tym nie interesowała, więc powtarza różne bzdury na ten temat.
Dobrobyt bierze się zawsze (i tylko!) z pracy rąk ludzkich i myślenia mózgów, które tę pracę ułatwiają i czynią bardziej wydajną.
Spójrzmy teraz na system finansowy obecnie. W wielkim skrócie można zauważyć, że zdobycze technologii tanieją, ale ceny podstawowych produktów (żywność, energia, materiały budowlane) drożeją w zastraszającym tempie! Pomijam tu oczywiście cykle koniunkturalne, jak np. w budownictwie, a także rosnącą jakość produktów żywnościowych. Z kolei to, że nowe technologie tanieją nie jest niczym nadzwyczajnym, bo po "okrzepnięciu" i rozprzestrzenieniu się wiedzy w społeczeństwie, poprawieniu procesów, jest to rzecz naturalna. Więcej ludków jest w stanie powielić schemat i dostępność produktu wzrasta. A zatem nie ma to związku z hipotetyczną deflacją. Za to ceny żywności i innych podstawowych dóbr stale rosną, a więc ilość pieniądza w obiegu ZWIĘKSZA SIĘ. I prawdopodobnie nie przez wzmożoną aktywność mennic i drukarni, a przez wszechobecny KREDYT z powietrza, bez pokrycia w niczym. Kredyt to wszak pieniądz, za który można coś kupić. Sam kredyt nie jest jeszcze niczym złym - ten, kto ma, rezygnuje z zakupu na rzecz drugiego, więc zmienia się tylko dysponent kasy, a nie jej ilość, gdyby nie był dawany bez pokrycia w depozytach... Odsetki z kolei, choć nie zwiększają ilość pieniadza w obiegu, są zintensyfikowaniem całego procesu, bo przecież są namacalną krwawicą tyrających na nie, czyli wytwarzających namacalne produkty, wzrost gospodarczy, a powodują, że strumień pieniędzy płynie od pożyczkobiorców do pożyczkodawców, a jak zjawisko się nasila, to wręcz rwie! No a kto jest pożyczkodawcą w obecnych realiach? Banki. I tylko banki! Bo instytucje typu pożyczka "społecznościowa z bejsbolem w tle" pomijam ze względu na zasięg działania. Oni nie pożyczają rządom państw grubych pierdyliarów! A banki? Jak najbardziej! Niektóre nawet wręcz z definicji każdy nowy banknot pożyczają na procent (jak np. FED)!!!
Cóż więc mamy w granicy tego procesu, gdy już cały szmal odpłynie w jedynym z góry wiadomym kierunku? Ano trzeba go odzyskać, przynajmniej w ilości potrzebnej do przeżycia. Można więc:
a) dostać jego namiastkę, iluzję w postaci nowego kredytu pod zastaw, już no niewiadomo czego, własnej wolności chyba, czyli zaprzedania się w niewolę
b) zaprzedać się jawnie w niewolę i zaoferować swoje uniżone usługi za tenże już nieco bardziej rzeczywisty pieniądz w gotowiźnie. Na spłatę wcześniejszych zobowiązań niestety.
Ktoś tu może się obruszyć, że on przecież nie ma żadnych długów! To nie jest prawda, bo dźwiga choćby nasz dług publiczny, czyli dług, który zaciągnęli niemiłościwie nam panujący w jego imieniu, choć bez jego być może jawnej zgody. Jest to już ponad 760 mld PLN, czyli ponad 20 tysięcy PLN na osobę!!!
Można się jeszcze łudzić, że ci obrzydliwi bogacze, co to za pomocą lichwy skumulowali wszystkie pierdyliardy tego wszechświata (co jeszcze próbuje się maskować, ale słabo to wychodzi) wydadzą je teraz hojnie, na nasze wspaniałe usługi, które świadczymy... I tu przychodzi rozczarowanie, bo większość z tzw. "ludu pracującego" nie tylko nie świadczy żadnych ciekawych usług, ale niektórzy wręcz świadczą usługi pasożytnicze!!! Jakąż to usługę kupi sobie miliarder u urzędnika szczebla gminnego? Nawet nie będzie z nim chciał gadać, tylko opłaci jakimś ochłapem jego zwierzchnika w powiecie, albo zgoła w województwie i nawet od tego specjalnie nie zbiednieje. A cóż w przypadku nauczycielki biologii w szkole podstawowej? Dowie się od niej jak rozmnażają się homo sapiens? A zatem może on sobie ich wszystkich kupić razem z ich wszystkimi aktywnościami w życiu, że będą mu buty czyścić... O ile oczywiście nie pluną mu w twarz, ale iluż to jest takich gierojów, co przyciśniętych biedą nie podkulą ogona? A zatem ostateczny rozrachunek, ostateczna relacja nasuwa się sama. Jest to NIEWOLNICTWO.
No dobrze, ale miałem tu, jak sugeruje tytuł, odpowiedzieć, co z tym bajzlem zrobić, bo przecież kredyt jest czymś potrzebnym, ważnym dla młodych małżeństw, które doznają poważnych obciążeń w młodym wieku, no i wychowują kolejne pokolenia, które mają się opiekować obecnymi na starość, tak to przynajmniej w średniowieczu było, a które, jak ustaliliśmy, nie było takie złe...
Odpowiedź nie jest zbyt szkokująca i dosyć w sumie prosta. Otóż jedynym istniejącym kredytem powinien być kredyt BEZ ODSETEK. "Spraw, Panie, by pieniądz w pieniądz nie porastał" jak pisał jeden skamandryta... Chyba ten sam, co NB "namierzył" nasze pieniadze, które, jak twierdził "leżą w podziemiach synagog".
Któż więc miałby się parać udzielaniem takiego charytatywnego kredytu? (zakładamy wolny rynek, jedyny normalny dla gospodarki ustrój). Otóż zajmować tym musiałaby się oczywiście jedyna nie wolnorynkowa instytucja na wolnym rynku, czyli państwo-minimum! No a skoro byłoby to państwo-minimum opłacane pewnikiem jakimś "pogłównym" na wojsko, policję i sądy, to skąd miałoby mieć na to fundusze? No nie przesadzajmy, wydruk pieniędzy nie jest taki znowu drogi... Tak, tak, moi drodzy! Państwo drukowałoby sobie nieoprocentowany kredyt Z POWIETRZA! A teraz rzeczowa argumentacja za takim rozwiązaniem. Prawdopodobnie nasuną się Wam następujące wątpliwości, co do uczciwości całego procederu:
a) czy nie spowoduje to hiperinflacji
b) kto i ile dostanie takiego kredytu i na jakiej podstawie. Czy nie będzie "przekrętów".
c) co będzie jego zabezpieczeniem
d) czy takich łatwych kredytów nie braknie
A więc odpowiadam:
a) Nie, nie spowoduje. Wszak wykazałem na początku, że w stabilnym systemie finansowym liczba pieniędzy w obiegu się zwiększa, bo zwiększa się liczba dostępnych do kupienia dóbr i usług!
b) Kredyty będą rozdzielane wedle aktualnych zarobków. Im więcej teraz zarabiasz, tym więcej dostaniesz. Przynajmniej tyle, żeby każde młode małżeństwo (a może i singiel) miał gdzie mieszkać. A ci, co wytwarzają dużo więcej PKB, bo np. mają firmę budowlaną, dostaną dużo większy kredyt, że bedą mogli np. zbudować nowy most, czy nową drogę. Rzecz jasna będziesz musiał to spłacić, np. zredukowany do minimum urząd skarbowy potrąci ci ratę z pensji razem z symbolicznym "pogłównym". Oczywiście nie chcesz - nie bierzesz, możesz równie dobrze oszczędzać i kupić za gotówkę, twoja wola. Będziesz miał wyższość nad konkurentem, co budował za państwowe, w postaci swobodniejszego dysponowania owocem swojej pracy. Zakładamy tu państwo w roli tzw. "trusted authority", czyli ufamy jego uczciwości. Ufamy dlatego, że gdy państwo jest nieuczciwe i okrada swoich obywateli, żadna siła nie pomoże (oprócz rewolucji rzecz jasna, a zatem jego niechybnego końca)
c) Na to pytanie odpowiedziałem już po cześci w poprzednim punkcie. Zabezpieczeniem będzie wytworzone przez ciebie w przyszłości PKB, odbierane sukcesywnie co miesiac z owoców twojej pracy. I tu kółeczko się ładnie zamyka, bo potrzeba kredytu jest zaspokojona, a jednocześnie spełniony jest postulat stabilnego systemu finansowego, w którym pieniadza przybywa wraz ze wzrostem PKB.
d) Jeżeli zacznie brakować, a ludzie bedą te pieniądze trwonić, można zaryzykować oprocentowanie i odsetki - kasa wtedy wróci do państwa, które następnym razem ją lepiej wyda. No i jej przyrost będzie dalej pod kontrolą. Żeby nie było sytuacji, że kasa się rozeszła, a wzrostu jak nie było tak nie ma i w efekcie nie można jej dodrukować. Można też rozważyć opcję: im bardziej postrzelona i wątpliwa w sensie użyteczności ludziom inwestycja tym większe oprocentowanie. Inwestycje palące - na najatrakcyjniejszych warunkach.
Jest tu niewątpliwie niebezpieczeństwo zaistnienia pewnej niesprawiedliwości przy rozdzielaniu środków, ale tak i było w średniowieczu, gdy jeden wasal dostawał od króla więcej nadań niż inny... Powiem więcej, sytuacja obecnie niewiele różni się od tej hipotetycznej, naszkicowanej tutaj, a mającej być panaceum na kryzys finansowy, z jednym tylko zastrzeżeniem. Obecnie rolę władzy państwowej przejęli (zawsze ją mieli?) bogacze tego świata, czyli bankierzy. Ja chciałbym, żeby była to władza legalna, a nie zakulisowa. Nie obiecuję, że nagle kasa trafi do waszych kieszeni. Tak nigdy na świecie jeszcze nie było, ale mimo tego żyło się LEPIEJ - bez teatrzyku dla naiwnych i wszechobecnego zakłamania. No i było jednak uczciwiej i racjonalniej. Jest to mimo wszystko dużo lepsza sytuacja, bo nie ma tego wiecznego skamlenia, że nie dość, że wy (ludzie) macie długi, to jeszcze my (władza) popadliśmy w bankructwo i zabierzemy oczywiście wam w podatkach i to, co nam brakuje, bo sami nic nie wytwarzamy, damy niewiadomo komu (czyt. temu, co faktycznie pociąga za sznurki tego teatrzyku).
Nie jest to do końca tak idealna sytuacja, jak ta, gdy człowiek żyje za swoje zaoszczędzone, bo wzrost PKB nastepuje później, niż chwila uruchomienia kredytu i wpuszczenie pieniędzy na rynek, ale i tak jest to sytuacja dużo lepsza niż obecnie, gdy rozdmuchany do niemożliwości kredyt dawany każdemu niemalże "z łapanki" zepsuł rynek mieszkaniowy i nie tylko. Lepsza, bo nie ma odsetek. Czy jeszcze z jakiegoś powodu? A to MAŁO? Może jeszcze zapytasz, kto będzie się zajmował tymi kredytami, skoro przejmie to niewydolne z doświadczenia państwo? 100 tysięcy urzędników, których zatrudnili niemiłościwie nam panujący w ostatnich latach podzielone jeszcze na 10 spokojnie wystarczy. No i jaki wzrost PKB, gdy banksterzy i ich dzielni "wciskacze kitów" zakasają rękawy i wezmą się wreszcie za uczciwą pracę i wytworzą PKB, a nie kolorowe słupki świadczące jaką to zieloną wyspą nie jesteśmy.
No, dobrze, wiemy "już o co kaman", ale jak to zrealizować w praktyce? Dosyć prosto, zakazać konstytucyjnie czegoś takiego jak lichwa, czyli kredyt na procent oraz wydać jedną ustawę, w której określić względem dochodów wysokość kredytu jaki obywatel może uzyskać od państwa, tzn. w narodowym banku, lub jeżeli takiego nie ma w elektronicznym pieniądzu, a następnie realizować ją i takie kredyty dawać na wniosek obywateli, a ściągać należności przez ministerstwo skarbu razem z podatkiem.
Aha! Należy się również liczyć z tym, że jako inicjator takiej ustawy zostanie się natychmiast zastrzelonym w zamachu terrorystycznym jak J.F.Kennedy czy zginie się w niewyjaśnionych okolicznościach jak wielu spośród prezydentów USA, którzy, niegłupi przecież, jak nasza polityczna swołocz, również doszli "o co kaman". No ale może już niedługo "system się rypnie" i w miarę bezpiecznie będzie można zbudować coś nowego, czemu więc nie coś lepszego, albo przynajmniej coś na miarę wieków średnich.

© Wojciech Marchaj 2005    Powered by Free Site Templates


Podoba Ci któraś z powyższych stron? Chciałbyś mieć podobną? Zrobię taką stronę dla Ciebie!