Wolność, bezpieczeństwo i pieniądze

Kluczowym pojęciem, którym szafujemy ponad potrzebę w naszej obecnej rzeczywistości stało się bezpieczeństwo. Każdy chce się czuć bezpieczny. Finansowo, osobiście, jako naród, społeczność, chcemy czuć się bezpiecznie w naszym bloku, czy rodzinie. Gdy spotka nas nieszczęście, chcemy móc mu zaradzić, lub zgoła uniknąć go, jeżeli to tylko możliwe. Kupujemy zaawansowane technologicznie samochody, naszpikowane rozmaitymi systemami, mającymi je zapewnić, zapinamy pasy, zakładamy kaski, bo zresztą musimy, (nawet jak jedziemy z prędkością roweru), zakładamy kłódki na drzwi, montujemy alarmy, lokujemy nasze pieniądze w bankach, lub zgoła zamieniamy je na solidne, jak uważamy, gwarancje, wykupując ubezpieczenia: od wypadku, od choroby, od pożaru, od śmierci, ale nie tylko, bo także od nieudanego przedsięwzięcia, popsucia się ważnego dla nas urządzenia, od zerwania kontraktu, od kursu waluty, od zmiany kursu waluty, a nawet od zmiany zmiany kursu waluty. W naszych przewidywaniach doszliśmy już do którejś z kolei pochodnej interesującej nas wielkości!
W zapewnianiu nam bezpieczeństwa ochoczo wtóruje nam państwo, wymyslając kolejne dziesiątki regulacji i obostrzeń: prędkości, handlu, norm, które musi spełniać towar, maszyna, miejsce, człowiek. Państwo oczywiście broni nas również przed naszymi bliźnimi, którzy chcą pozbawić nas naszych pieniędzy, aby nie zrobili nam krzywdy, jak i przed nami samymi abyśmy się nie zatruli puszką sardynek, abyśmy nie zderzyli się samochodem, przewrócili idąc chodnikiem, abyśmy nie zachorowali na nieznaną nikomu wcześniej chorobę.
To wszystko oczywiście kosztuje, więc Państwo musi nam zabierać kolejne zarobione przez nas pieniądze, ale to oczywiście dla naszego dobra, bo sami napewno zdążalibyśmy ku niechybnej zagładzie. Pracujemy więc w pocie czoła na tą daninę coraz więcej i więcej, aby odegnać od nas samych kolejną wizję jakiegoś wyimaginowanego nieszczęścia, które bez ich zbawiennej pomocy niechybnie by na nas spadło.
Niestety pieniądze te przeważnie giną "po drodze", lub wracają do nas znacznie uszczuplone, a z pewnością obłożone różnymi restrykcjami, co do ich ponownego wykorzystania, ale to dla ochrony innych bliźnich przed naszą wrodzoną pazernością, czyli też ku ochronie nas samych, na szczęście...
Przekłada się to przeważnie na to, że większości z tych słusznie wydawanych pieniędzy nawet nie oglądamy, bo "nie byliśmy od tego ubezpieczeni", bo "nie spełniliśmy odpowiednich warunków" (zmienianych zresztą już prawie dowolnie przez naszych dobrodziejów - vide emerytury), no i te uszczuplone nasze pieniądze jednak do nas nie wrócą.
Jednocześnie na każdym kroku oni urywają coś z naszej wolności, bo przecież to wszystko trzeba uregulować i zabronić, żeby ktoś działał samowolnie w społeczeństwie dezorientując przy tym innych, co do jedynej słusznej drogi.
I ci skuszeni tą iluzją bezpieczeństwa tracą kawałek po kawałku swoją wolność. Tracą wolności obywatelskie, tracą możliwość zmiany całego systemu. Jak ktoś słusznie zauważył "kto ofiarowuje swoją wolność w zamian za bezpieczeństwo niebawem straci jedno i drugie".
Nic więc dziwnego, że niektórzy już wręcz zwątpili w zasadność tego procederu (i słusznie zresztą), a wręcz jawnie go negują. Dbają o swoje bezpieczeństo osobiste troszcząc się o swoje bezpieczeństwo finansowe unikając skrupulatnie, gdzie się tylko da płacenia danin na tę państwową iluzję bezpieczeństwa. Nie dzieje się tak bez przyczyny. W systemie monetarnym, w którym żyjemy, posiadając odpowiednio dużo pieniędzy i mogąc nimi dysponować jesteśmy w stanie zażegnać wiele niebezpieczeństw. Możemy kupić sobie zdrowie, wygody, gwarancje, niezależność od innych ludzi, słowem komfort fizyczny i psychiczny.
Pracujemy więc w pocie czoła, płacimy daniny dla pasożytniczego państwa i różnych bzdurnych instytucji, które sprzedają nam (pod przymusem, lub przy pomocy rozbudowanej przez lata retoryki) swoje iluzje, a co uda się dodatkowo odłożyć przeznaczamy albo na realizację naszej własnej wizji bezpieczeństwa: ubezpieczenie na życie, konto emerytalne, niezależność finansową, czyli głównie na powiększenie swojego stanu posiadania, a także na dogadzanie sobie na różne sposoby.
Stało się to wręcz motorem napędowym naszego życia, ideałem do którego większość z nas dąży, choć czasem, dla spokoju sumienia, zaprzeczamy, że jest inaczej: chcemy odcinać kupony od wcześniejszej tyrady, nalepiej żyć z odsetek, lub obracając dorobkiem własnego życia.
Nie ma w tym nic złego, jeżeli nie wykorzystujemy perfidnie do tego celu bliźnich. W końcu rozwój każdego człowieka polega na korzystaniu z mozolnie zdobytego wcześniej dorobku, czy to majątku, czy wiedzy, czy pewnych umiejętności poruszania się wprawnie na zakrętach życia.
Pieniędzy, symbolizujących (złudnie) zasób dostępnych dóbr, jest oczywiście zawsze za mało. Jest to konsekwencją wyłącznie z naszych wybujałych wymagań, rosnących apetytów. Chcemy jeździć nowymi i superkomfortowymi samochodami, ubierać się w najnowsze kolekcje, jeść coraz bardziej wyrafinowane specjały. Co niedawno wydawało się nam szczytem luksusu, dziś poniewiera się na złomowiskach, a my chcemy mieć wszystko coraz nowsze i lepsze, chociaż gołym okiem widać, że samochody nie mieszczą się już na ulicach, ubrania są celowo palone, by zachować ciągle atrakcyjność najnowszej kolekcji, jedzenie jest niszczone, by utrzymać jego cenę. Są to absurdy poruszania się w systemie monetarnym, pogoni za zyskiem, owego zapewniania trudno definiowalnego bezpieczeństwa. Powiem więcej, jest to efekt upadku humanizmu, lub zawężenia kultywowania tego ducha do kręgu ludzi albo bardzo wysoko rozwiniętych, którzy mają za nic blichtr świata tego i jednocześnie tyle filozoficznego spokoju wewnątrz, by czuć się bezpiecznym niezależnie od swej sytuacji materialnej, lub na tyle bogatych, że ich głód bezpieczeństwa i dostatku został z grubsza zaspokojony.
Jest w związku z tym taka, wydaje się słuszna, teoria, że bogaci są nie ci, którzy wiele zarabiają, tylko ci, którzy mało wydają. Którzy potrafią zrezygnować z wysublimowanych kaprysów, czy rzekomych potrzeb. To im zostaje tej "energii" najwięcej. Jeżeli bogaty zachował w sobie odpowiednio dużo humanizmu, w trakcie pogoni za bogactwem, lub przyszło mu ono niejako "samoistnie", jako odzwierciedlenie pewnego stanu umysłu, taki człowiek, znudzony kolejnymi wyrafinowanymi rozrywkami, odbywszy już dziesiątki rozgrywek polo, czy krykieta, wykąpawszy się w najekskluzywniejszych basenach, zdegustowawszy najwykwintniejsze wina świata, poszukuje nadal sensu swojego życia, poprzez angażowanie się w rozmaite przedsięwzięcia o charakterze społecznym, politycznym, czy wręcz tajemnym.
Jest to przyczynek do tzw. spiskowych teorii dziejów, które są obecnie wyśmiewane przez rozmaitych pożytecznych idiotów. Spiski, niewiarygodne przedsięwzięcia, tyranie intelektualne istniały od wieków i istnieją nadal, choćby dlatego, że czymże miały zajmować się te bogate elity, skoro nawet człowiek średniozamożny szuka w swym życiu niezwykłości, odmiany, jazzu, a co dopiero ktoś, kto dysponuje ogromną siłą sprawczą kryjącą się za jego imperium? Wiadomo nie od dziś, że władza nad masami bierze się nie tylko z aparatu przymusu, ale przede wszystkim z kontroli ich umysłów, realizowanej przez kontrolę informacji. Informacja była kontrolowana od zawsze, kiedyś była udziałem tylko elit, gdyż przekazywana na piśmie znanym tylko elitom. Nieliczni odstępcy płonęli na stosach, ku uciesze gawiedzi lub narażali się na ostracyzm. W wiekach średnich kościół, jako posiadacz większości wiedzy, w tym tajemnej, surowo potępił druk, jako wynalazek szatana. Był to początek utraty kontroli nad informacją. Trzeba było kontrolować dużo większe rzesze ludzi - wydawców, redaktorów gazet, ale i to się udawało. Dziś w dobie powszechnego internetu stało się to trudne, ale tylko z pozoru. Dzięki wpojonemu przez lata światopoglądowi - wzorcowi myślenia i psychologicznym aspekcie przyłączania się do liczniejszego, silniejszego, bariera pojawiła się w naszym umyśle. Pojawił się wewnętrzny opór przed nowym, przed niepasującą do reszty schematu informacją. Tę barierę wzmocnił jeszcze ów demokratyczny kanon, gdzie bezrozumna większość narzuca swoją wolę (czyja to właściwie jest wola?) świadomej mniejszości, choć wiadomo, że zawsze rację ma wykształcona w danym temacie mniejszość. Prawda o świecie zawsze była i jest w posiadaniu nielicznych mędrców, a prawdziwe informacje gronu osób naprawdę zainteresowanych. No to kto naprawdę rządzi, skoro masy w demo-n-kracji są z obrotu spraw niezadowolone? Mało kto zadaje sobie pytanie: skąd się właściwie biorą wzorce, które mamy popierać? Kto je kształtuje i "podaje do wierzenia"? Globalne ocieplenie? Terroryzm? Homoseksualizm? Antysemityzm? O co tu chodzi i kto za tym ciągle wrzeszczy? Ja w swoim życiu nie spotkałem jeszcze ani antysemity, ani terrorysty (nie liczšc tych z władzy, którzy terroryzują moje przedsięwzięcia), ani nawet homoseksualisty, ciągle do tego marznę na przystankach autobusowych i muszę opalać swoją chałupę za coraz większą kasę... No właśnie, pieniądze. Czyż to nie są tematy zastępcze, by odciągnąć nas od problemu coraz mozolniejszego zarabiania pieniędzy? Gdzie nie wiadomo, o co chodzi, tam chodzi o pieniądze. Niektórzy do tego stopnia zgubili już sens tego wyścigu, że pomnażają pieniądze dla samego tylko pomnażania. Czymże jednak one są? Kawałkiem papieru? Paroma elektronami na dysku twardym bankowego serwera? A może są kwestią jeno wiary w ich iluzoryczną siłę? Zbiorową halucynacją?
Ktoś powie: czcze gadanie, bo żeby żyć potrzebne są pieniądze. I jeżeli biedak ich nie zarobi, to nie starczy mu nawet na chleb. Czy aby jednak do życia tak wiele trzeba? Ten symboliczny zwyczajny chleb powszedni, to przecież mąka woda i drożdże. Czy może to wiele kosztować, skoro ludzie wytwarzają go od tysięcy lat? Potrzeba też jeszcze schronienia przed deszczem, ciepła przed mrozem.
A mieszkanie, które je zapewnia stało się dobrem luksusowym. Niewielu może sobie na nie pozwolić nie zaprzedając się w niewolę kredytu, który trzeba będzie spłacić ze sporą nawiązką. Dlaczego jednak są one tak niebotycznie drogie? Toż przecież ludzie domy budowali i tysiące lat temu, gdy technologia była bez porównania bardziej prymitywna i to niejednokroć z wypalanej cegły, kamienia, które dziś uchodzą za luksus.
Otóż powód tkwi w naszych wymaganiach. Dziś nie zamieszkalibyśmy w kurnej chacie z jedną izbą, ani nawet w surowej kamienicy. Chcemy mieć kolorowo, elegancko, chcemy mieć media, jakość, gwarancje. A że gwarancje, jak każde przejawy bezpieczeństwa, certyfikuje państwo i rozmaite pochodne instytucje, to takie gwarancje kosztują. Płacimy na tych, co przeglądają papiery i przybijają pieczątki. Kosztuje naddatek, który do mieszkania dokładają tysiące ludzi o rozmaitych profesjach, by żyło nam się bezpieczniej i lepiej.
To my wywalczyliśmy ten stan, żądając bezpieczeństwa! I tu wróciliśmy do punktu wyjścia.
Można w tym punkcie rzec: ja zrezygnuję z tego standardu, gdyż nie stać mnie na wiele, ale i potrzeby mam niewygórowane. Chcę żyć po spartańsku. Niestety nie mogę. Reguły gry zostały ustalone dla wszystkich w majestacie prawa. Jest jedyna praworządna metoda nabycia gruntu - bezpieczna, jak i budowy domu - BEZPIECZNA. Nie mam już tego wyboru, gdyż moja wolność została poświęcona na ołtarzu BEZPIECZEŃSTWA. Zrobili to ci, którzy krzyczeli w moim imieniu, którzy domagali się bezpieczeństwa dla wszystkich. Teraz oni płaczą, bo w systemie monetarnym będą musieli na nie zapracować, niejednokroć i całe swoje niewolniczne życie. Dlatego jeżeli jest sens o cokolwiek walczyć, by odmienić swój los na lepsze, to walczyć o możliwość swojego własnego rozwoju, o możność wykonywania tego, co się umie najlepiej, lub czego chciałoby się nauczyć.
Walka o bezpieczeństwo jest próżna, tak jak i walka o pełną misę, dobrobyt. Bezpieczeństwo, na tyle na ile jest możliwe tu na ziemi, zapewnia się dostatkiem. Dobrobyt zaś jest pochodną postępu technologicznego, nie pracy urzędnika. Postęp technologiczny rezultatem nieskrępowanego myślenia i swobody działania. Podsumowując: bezpieczeństwo jest więc rezultatem wolności, a elementem pośrednim sa pieniądze. Nie odwrotnie!

WOLNOŚĆ ⇒ PIENIĄDZE ⇒ BEZPIECZEŃSTWO

Co ciekawe pierwszą implikację można odwrocić! Kto ma pieniądze, może za nie sobie kupić wolność. Wyjść za kaucją z więzienia, kupić sobie pomyślne dla siebie rozstrzygnięcie sprawy w sądzie, interpretować prawo pod siebie, ba! stanowić prawo pod siebie! Jest to sytuacja przeważnie patologiczna, ale nie zawsze. Czasem posiadanie możliwości, które daje pieniądz czy majątek, przysparza nam więcej wolności w najzupełniej uczciwy sposób. Kupując własny dom, czy samochód jesteśmy wolni od reguł i obostrzeń, jakie wytycza nam komunikacja miejska, czy zasady panujące w spółdzielni mieszkaniowej, od której najmowaliśmy mieszkanie. Jednostki wybitne, zniewolone przez ogół, jeżeli mogą, uciekają się często do argumentu pieniężnego nawet ze szczytnych pobudek. Wyobraźmy sobie inwestora-wizjonera, który chce zbudować coś zupełnie nowego, co nie mieści się w ciasnych umysłach miejscowych urzędników. On będzie na nim zarabiał, ale nie w tym rzecz, bo w samym zarabianiu pieniędzy nie ma nic moralnie złego, zresztą korzystać będą wszyscy. Może będzie to wykorzystanie nieznanego dotąd źródła energii, nowy środek komunikacji, czy po prostu pomysłowy przybytek rozrywki. Myślimy - obiekt użyteczności publicznej. I znowu błąd, schemat myślowy - własność prywatna też może być z pożytkiem publicznym, może być dla kogoś inspiracją, czy wzorem wytyczającym nowe trendy dla ogółu ludzi. Występując jako "szarak" mała jest szansa, żeby dostał pozwolenie, jeżeli wymaga to na przykład pewnej zmiany krajobrazu, czy tak zwanych "konsultacji społecznych", to znaczy zbiera się gawiedź i radzi: w życiu nie pozwolimy, żeby ten czy tamtem postawił nam pod nosem - tu pada jakieś pejoratywne określenie - "tykającą bombę", "uciążliwe szkaradztwo", "przybytek zgorszenia" (czytaj: żeby miał lepiej od nas), tfu! Jeżeli natomiast wykorzystuje argument pieniężny, czy to w formie łapówki, czy po prostu występuje z pozycji szanowanego inwestora (klimat robią mu oddelegowane do tego celu media), podejście jest już inne, już nie jest to wybryk i kaprys bogacza tylko INWESTYCJA, miejsca pracy i temu podobny bełkot, a w istocie ciągle to samo zjawisko.
Gdyby ten człowiek posiadał wolność, w postaci możności decydowania, co postawi na swojej ziemi, mielibyśmy moim zdaniem sytuację bardziej zdrową, czyli z jego wolności wynikłyby pieniądze, dla wszystkich zresztą. Ktoś dojechałby szybciej i wygodniej do celu, ktoś oszczędził sobie ciężkiej pracy, inny wypoczął i spojrzał na świat z lepszej strony. A tak większość nowatorskich myśli, nawet jeżeli ujrzy światło dzienne, to nie ma szans doczekać się realizacji. A jak już się cudem, bądź uporem, doczeka, to jest tak okaleczona przez różne restrykcje prawa budowlanego, plany zagospodarowania i tym podobne bzdury, że aż żal patrzeć.
W efekcie otaczaja nas jednostajna, schematyczna rzeczywistość, do tego zmierza to w kierunku rzeczywistości globalnej. Przykład sztandarowy - nasza szkaradna architektura. Wystarczy spojrzeć na budownictwo jednorodzinne w naszym kraju: te same oklepane wzorce, jeszcze z czasów Pana Tadeusza: bielona ściana, kolumienki i czerwona dachówka. Zasypaliśmy w ten sposób źródła własnej inspiracji, przedłużając ten jałowy stan na długie lata.
Dlaczego sytuacja, gdzie wolność jest na pierwszym miejscu, a nie pozyskiwana pieniądzem, jest zdrowsza, lepsza?
Ano dlatego, że pieniędzy nie da się zagwarantować ustawą, chociaż wmawia się ludziom inaczej. Przecież i tak trzeba im odebrać je w podatkach. Pieniądze, bogactwo, jak wspomniałem, biorą się z postępu technologicznego, a ten z ludzkiej myśli. Natomiast wolność może być przydana przez władzę, może być zagwarantowana ustawodawczo! Na tym wyrosła potęga Stanów Zjednoczonych. Zagwarantowano odpowiednio dużą dawkę wolności w konstytucji (a właściwie w całym ustawodawstwie, bo w konstytucji to my też mamy), a bogactwo zrodziło się przez ludzką pracę i myśl w tych sprzyjających warunkach.
Bezwarunkowo najtrudniej jest, kiedy nie ma ani bogactwa, ani wolności. Wtedy rodzą się ponure reżymy. Oczywiście nie może wtedy być mowy o jakimkolwiek bezpieczeństwie. Nigdy nie będzie bezpieczny ten, kto ma związane ręce. Z takiego błędnego koła bardzo trudno wyjść. Trzeba te śladowe ilości wolności wykorzystać do wytworzenia niewielkiego majątku, a potem przez ten niewielki majątek uzyskać więcej swobody, w myśl tego, co napisałem wyżej i iterować ten proces. Jest to męczące i zajmuje często całe życie. Chyba każdy zna to z autopsji.
A zatem zasadna jest tylko walka o wolność. Wolność decydowania o losie swoim, swojej społeczności (niechby i przez swoich wybrańców), swojego państwa, czyli o suwerenność. To wolności trzeba najzacieklej bronić.
Tu rodzi się dręczące pytanie, co ja, mały żuczek, mogę zrobić wobec możnych tego świata? Coś jednak mogę! Przede wszystkim trenować swój umysł pod kątem samodzielnego myślenia i samodzielnego weryfikowania informacji. Następnie powielać tę informację w społecznościach lokalnych i nie tylko, także wirtualnych, co w dobie internetu stało się możliwe. To na społecznościach lokalnych opiera się świat, tam wytwarzane jest bogactwo, do nich odnosi się bezpieczeństwo. Nie w ubezpieczeniu tkwi mój bezpieczny byt na starość, czy w chorobie, ale w oparciu w bliskich, rodzinie, przyjaciołach. Jeżeli żyję w pięknej i spokojnej dolinie, gdzie ludzie są wobec siebie życzliwi i przyjaźni, to nie tak straszne są mi reżymy zza morza, bo znajdę w tych ludziach zawsze oparcie i wspólnie stawimy im czoła. Każdy z nas żyje w jednej z takich dolin, których znaczenia może nie docenia, bo obraca się głównie w jakiejś wirtualnej: pracy, forum miłośników jakiegoś bytu, znajomych. Tam budujemy nasze relacje. I tam również warto budować świadomość, poprzez kultywowanie samodzielnego myślenia i wymieniania poglądów.
Najłatwiej natomiast zniszczyć jakąkolwiek społeczność imputując jej wzorce z zewnątrz, najlepiej ją przy tym skłócając. Jednym z takich wzorców jest pieniądz, a właściwie nie on sam, jako środek wymiany, tylko nadana mu rola. Takim wzorcem jest prawo powstałe gdzieś indziej, do którego taka społeczność lokalna musi się zastosować. Takim wzorcem jest wreszcie styl życia, stojący w sprzeczności ze stylem życia społeczności lokalnej, który chętnie podchwytują ludzie młodzi, krytycznie oceniający poczynania dorosłych. Także sama majętność występuje w społeczności lokalnej, nawet bez pojęcia konkretnej waluty. Ten posiada to, ten tamto, ów wreszcie jakieś przymioty, które stawiają go na pewnej pozycji w takiej społeczności. Tak samo prawo. Być może i nie wyrażone w paragrafach, ale prawo nieformalne, zasady moralne, które obowiązują i których lepiej dla dobra własnego i innych nie naruszać. To, że ktoś ma swoje miejsce parkingowe, chociaż prawo tego nie reguluje, to, że ktoś czegoś od zawsze dogląda, chociaż nie ma do tego wielkiego prawa, to, że ktoś ma wobec kogoś dług wdzięczności.
Te rzeczy, te wzajemne relacje stanowią o sile naszego oporu przeciwko zewnętrznemu zagrożeniu, tak jak i nasza niezależność od wymysłów "centrali": zaopatrzenie w surowce, w żywność, w energię, samowystarczalność w sensie społecznym, mnogość profesji, dostęp do wiedzy. W sytuacji naprawdę kryzysowej te rzeczy odegrają najistotniejszą rolę, a przecież one są przy nas samych. Czy będzie wówczas jakieś znaczenie mało to, że na jaką sumę opiewa czyiś kredyt mieszkaniowy i w jakiej wirtualnej walucie go wziął? Albo załącznik do jakiejś ustawy uchwalony za morzem? W sytuacji zagrożenia takie sprawy się nie liczą, co pokazuje, że w gruncie rzeczy te sprawy są pewną iluzją, których siła jest dopóty, dopóki ta iluzja trwa, gdy ludzie ją powielają. Tak jak z tym wymyślonym kryzysem, który istniał tylko lokalnie, a ponieważ ludzie w niego uwierzyli, stał się samosprawdzającą się przepowiednią.
Obronić się przed utratą wolności możemy jedynie poprzez konsekwentne mówienie "nie", przez bronienie własnego zdania i konfrontowanie go ze zdaniem innych, samodzielnym myśleniem i własnym sumieniem.
Jeżeli zbagatelizujemy ten aspekt naszego istnienia, uciekniemy od naturalnej nam wolności, pozwoląc decydować za nas innym, których autorytet w dodatku poddajemy w wątpliwość, słowem zepchniemy nasz umysł do podziemia codzienności, zaniedbamy się w natłoku codziennych obowiązków, pogoni za narastającą iluzją (a zaniedbaliśmy!), to OBUDZIMY SIĘ W WIELKIEJ TYRANII. I oby, powtarzam: OBY to była tylko tyrania naszego umysłu, której kajdany będziemy odczuwać, ale nie będziemy ich zauważać, tak jak to ma miejsce już po części obecnie. Ale to może być tyrania i duszy i ciała i do tego globalna, z której nie będzie dokąd uciekać, bo język, którym mówi dziś świat jest o globalnym zasięgu.

© Wojciech Marchaj 2005    Powered by Free Site Templates


Podoba Ci któraś z powyższych stron? Chciałbyś mieć podobną? Zrobię taką stronę dla Ciebie!