Nauka polska, czy feudalizm i socjalizm?

Czy zastanawialiście się kiedyś dlaczego mimo tak licznej wykształconej kadry naukowej w Polsce panuje takie zacofanie cywilizacyjne jeżeli idzie o innowacje na polu techniki, wytwarzanie i wdrażanie nowych technologii? Dlaczego jeżeli przychodzi do nas jakaś nowinka techniczna, to albo z USA, albo z Japonii, ewentualnie, choć rzadko, z któregoś kraju starej UE na przykład z Holandii, Francji, Anglii lub Niemiec? Dlaczego, jeżeli już usłyszymy coś o polskich młodych naukowcach, to koniec końców okazuje się, że po zgarnięciu najróżniejszych nagród i grantów i zbudowaniu prototypu słuch o nich ginie? Czasem okazuje się, że emigrują do któregoś kraju na świecie, by tam dalej rozwijać swoje pasje, a tu na miejscu pozostaje zacietrzewienie, zawiść, snucie domysłów, dlaczego kondycja nauki polskiej jest taka a nie inna. Potraficie wymienić choć kilka przełomowych wynalazków ostatnich lat, w tym polskich? Ja nie potrafię, ale pewnie podobnie jak wy tłucze mi się po głowie parę kwestii, mianowicie, że w Szwajcarii mieli jakieś efekty przy LHC, gdzie nota bene pracował zespół międzynarodowych naukowców, na dalekim wschodzie i w USA rozwija się napędy hybrydowe do samochodów (Toyota), które przenikają na przykład do Niemiec i tamtejszych koncernów motoryzacyjnych. Także na dalekim wschodzie (Korea, Japonia, Taiwan) trwają zaawansowane prace nad sprzętem komputerowym, ipodami, palmtopami, laptopami bez klawiatur, szerokoprzekątniowymi matrycami LCD, telewizją HD. Część z tych nowinek podchwytują Amerykanie, którzy raczej nadają im nowe znaczenie marketingowe, niż technologiczne, lub rozwijają oprogramowanie (systemy operacyjne Windows i MacOS, kryptografia). Jeżeli idzie o technologię, to podobnie: nowoczesne lotnictwo USA, oprócz tego Francuzi, Niemcy, trochę Szwedzi. Elektrownie jądrowe także. Ale to już nie nowości, tylko dorobek ostatnich parudziestu lat. Czy macie już jakąś hipotezę? Przypomnijmy jeszcze raz te kraje: Japonia, Szwajcaria, USA, Korea, Taiwan, trochę Anglia, a wcześniej Francja, Niemcy, czy Włochy. Według mnie to kraje, w których nie ma lub jeszcze parę lat temu nie było socjalizmu, czy centralnego planowania. To kraje, w których o tym co dobre i przydatne decydował wolny rynek, czyli ludzie i ich pieniądze. Japonia i Szwajcaria, to kraje od wieków endemicze, o specyficznych warunkach. Bardzo konserwatywne zresztą. Szwajcaria jako nieliczne państwo w Europie nie jest w UE. A UE jest organizacją z definicji socjalistyczną. Liczne rady i komisje ustalają ile kto i czego będzie produkował, w co się wtrącić i jak, gdzie dać pieniądze, a gdzie zabrać. Toż to jest centralne planowanie, jeszcze okraszone świadczeniami socjalnymi, które w krajach takich jak Francja czy Niemcy powoli rozkładają gospodarkę, zbudowaną kiedyś na potęgi, ale na innych zasadach. Jeszcze parenaście lat temu niemieckie samochody były najlepsze na świecie, Włosi także od zawsze kojarzyli się z motoryzacją, ich marki z dawnych lat pozostały ikonami motoryzacji, by wspomnieć o Ferrari, Maseratti, czy motocyklach MotoGuzzi, Ducati eksportowanych nawet do USA, choć ci ostatni przecież też pod tym względem są w czołówce na świecie. Francja słynęła z szybkich pociągów, z nowoczesnej telekomunikacji. Teraz przemysł ten bazuje na sile rozpędu, a rozleniwieni i rozwydrzeni pracownicy, żądają coraz wyższych pensji, świadczeń socjalnych, by najlepiej w ogóle nie pracować. Odpędzają inne "głodne" nacje od swoich miejsc pracy gąszczem przepisów emigracyjnych dla cudoziemców z Polski, Ukrainy, Turcji i innych krajów arabskich, którzy są gotowi pracować za niższe pieniądze. Kiedyś tak nie było. Ludzie pracowali dla pieniędzy, wiedzieli, że wytwarzają dobra dla siebie samych. To amerykański robotnik, jako pierwszy na świecie jeździł własnym samochodem. Cały świat ich za to podziwiał, trzymając w łapce puszkę coca-coli, czy jadąc po bezdrożach Afryki, czy Azji angielskim Land Roverem, a po Ameryce Południowej stareńkim Chevroletem.
Tak było od zawsze. Ludzie produkowali i wspierali te wynalazki, które się opłacały. Jeżeli ktoś wynalazł coś rewolucyjnego, co mogło zmienić oblicze ludzkości to prędzej, czy później znajdował się obrzydliwy kapitalista, który, jeżeli tylko wywęszył w tym perspektywy, inwestował w to swoje pieniądze. Wprawdzie, bądżmy szczerzy, nie działo się to natychmiast i zdarzało się niejednokroć, że wynalazca umierał w nędzy, ale to tylko dlatego, że zanadto wyprzedził swoją epokę i nie znalazł zrozumienia, czy wystarczającej wyobraźni dla swojego pomysłu u ówczesnych jemu. W przypadku oczywistych innowacji, nie było problemów, by nazajutrz je sprzedawać, ku zdumieniu konkurencji.
Obecnie, poniekąd dzięki nadmiarowi dóbr takich jak żywność, pamięć komputerowa, czy samochody, ludzie pozwolili sobie odejść od tej zasady, że wspiera się pomysły opłacalne i mamy do czynienia z absurdalnymi wręcz projektami, typu "globalne ocieplenie i ograniczanie emisji dwutlenku węgla", wzniecanie zamętu i forsowanie okradających społeczeństwa projektów pod płaszczykiem walki z fikcyjnym kryzysem (tzw. plan Paulsona), do śmieszności lansowanie mniejszości seksualnych, religijnych i innych, lub co gorsza wzniecania niepotrzebnych, bo nieobronnych wojen, dla swoich egoistycznych celów (wojna w Iraku, Afganistanie, Wietnamie, czy na Bliskim Wschodzie). Wszystko to pod płaszczykiem szczytnych inicjatyw, za którymi w rzeczywistości stoi interes wąskiej grupy ludzi, przeciwko reszcie otumanionej społeczności (na własne życzenie niestety).
Co to wszystko ma do kondycji nauki? Bardzo dużo. Kiedyś nauka była na usługach możnych. Wielcy mieli odpowiednio dużo autonomii, egzystowali w symbiozie z kręgami zamożnych arystokratów, którzy grzali się niejednokroć w ogniu ich pomysłów (markiz de l'Hospital, który kupił sobie wieczną sławę od Bernoulli'ego i tym samym przeszedł do historii matematyki), a w zamian finansowali ich nawet szalone przedsięwzięcia. Było tak przez tysiące lat. Tak rozwijały się akademickie dziedziny matematyki, analiza, algebra, równania różniczkowe, a także dziedziny techniczne: termodynamika, mechanika, metalurgia (magnat i jego faworyta byli przecież żywo zainteresowani nowym, szlachetniejszym połączeniem metali, czy minerałów, lub nową zdumiewającą zabawką do zabijania popołudniowej nudy, czy epatowania zaproszonych na bal gości). Dzięki tej wiedzy potrafimy dziś wybudować most, w którym poprawnie rozłożone są siły, a stalowe przęsło ma odpowiednią wytrzymałość. Podobnie było i w czasach późniejszych. Wprawdzie wynalazcy elektryczności, czy silnika benzynowego nie prezentowali efektów swojej pracy królowi, ale znalazłszy odpowiednich promotorów wśród ludzi bogatych produkowali swoje patenty, albo wręcz sami zakładali przedsiębiorstwa, jeżeli mieli na to pieniądze. Zdarzali się oczywiście i tacy, na przykład Thomas Edison i jego słynna żarówka, którzy musieli wszystko budować sami (TE został zdiagnozowany przez ówczesy mu sytem szkolnictwa jako zbyt głupi, by pobierać nauki w szkole), ale ich wynalazki prędzej, czy później z racji swojej przełomowości znalazły na stałe swoje miejsce w naszej codzienności. Często tacy ludzie wyjeżdżali do Ameryki, gdzie spotykali się z podobnymi sobie napływowymi, a więc pełnymi entuzjazmu i bardziej otwartymi na nowe pomysły, niż konserwatywny stary kontynent. Wynalazca radia - Popow, kolorowej telewizji - Noworykin, Rosjanie, ale swoje przełomowe wynalazki rozwijali na emigracji, bo ich ojczyźnie, że to tak ujmę "klimatu nie było". Nic dziwnego, że powiada się "gdyby komunizm wprowadzić na Saharze - piasku by zabrakło".
Ten model jest stale aktualny, także dziś naukowcy szukają sponsorów, a przedsiębiorcy w środowiskach naukowych nowych patentów pchających ich biznesy na nowe tory i pozwalające wyprzedzić konkurencję. Niestety nie w Polsce, w której system panujący na uczelniach wyższych jest połączeniem socjalizmu z feudalizmem i jako taki skutecznie zabija większość świeżych myśli i zapału.
Licealista wkraczający w dorosłe życie i wybierający drogę swojej edukacji kieruje się na uczelnię wyższą, gdzie od pierwszego roku, przez system żmudnego wkuwania, feudałowie, czyli kadra profesorska uświadamia mu, gdzie jego miejsce w szeregu, a właściwie w piramidzie - na spodzie.
Ponieważ każda nauka potrzebuje pieniędzy, by się rozwijać (nie mylić z wynalazczością, ale wynalazczość to stadium wczesne nauki - by wcielić w życie wynalazek potrzeba przecież żmudnych i kosztownych badań, konstrukcji) musi te pieniądze mieć z zewnątrz. Jeżeli na około panuje socjalizm, to pieniądze te idą "przez centralę" w postaci zaplanowanego budżetu rozdzielanego wedle znajomości, lub głośniejszego krzyku, bo przecież na pewno nie względem potencjalnych zysków. A zatem geruzja profesorska nie ma żadnego interesu w tworzeniu rzeczy "stosowalnych" i przydatnych, bo kasa z której się utrzymują przepływa i tak przez p. Jolę z administracji, do której należy się po prostu uśmiechnąć, lub przynieść różę na Dzień Kobiet.
Tworzy się zupełnie endemicze, oderwane od rzeczywistości enklawy, w których tzw. ludzie nauki egzystują w sposób na tyle autonomiczny, że nikt nie ingeruje w to, czy produkowane przez nich tony naukowej makulatury są czymś użytecznym, czy poprostu mnożeniem bytów ponad rzeczywistą potrzebę. Nie twierdzę, że należy szukać za wszelką cenę zastosowań rozwijanych nauk podstawowych, bo byłoby to na dłuższą metę śmieszne, ale nauki techniczne powinny być jak najbardziej stymulowane rzeczywistymi potrzebami. Zresztą, nie zaprzeczycie, nawet nauki teoretyczne, przykładowo kryptografia, rozwijają się jakoś dziwnym trafem w kierunku choćby coraz lepszych algorytmów szyfrujących, czy wygodniejszych podpisów cyfrowych SAME Z SIEBIE. Bo taka jest obecnie potrzeba rynku.
Wyobraźcie sobie teraz, że w takie środowisko trafia świeżo upieczony student. Takiemu studentowi można zawsze udowodnić, że nic nie wie, bo jakże ma wiedzieć, o czym deliberują tamci w swoich hermetycznych kręgach? Staje się więc automatycznie wasalem. Musi okazywać swemu profesorowi honory i oddawać cześć. I oczywiście to robić w sposób inteligenty, bo jak wiadomo "nie ma większej obelgi, niż wtedy, gdy głupcy nas chwalą..." Taki młody człowiek ulega iluzji, że oto znalazł się w świątyni współczesnej nauki, nieco wprawdzie oderwanej od rzeczywistości, ale jak wiadomo pozory (początki) mylą, więc stara się zapracować na uznanie w tych kręgach, zazwyczaj wybierając feudała, który wydaje mu się bardziej prężny, przebojowy, lub po prostu zajmuje się akurat tym, co go bardziej interesuje. Zaczynają się tworzyć grupy interesów, które współzawodniczą w dostępie do zasobów dzielonych (koryta), pod postacią dotacji budżetowej, grantu unijnego, nowego budynku lub innego narzędzia naukowej deprawacji. Im więcej dany feudał ma wasali, tym lepiej zabezpieczony jest jego byt. Przecież to znamy: ja mam wielu studentów, należy mi się nowa pracownia, a ja mam wielu doktorantów, więc należy mi się ta dotacja. A jako doktor mam duże pensum, należy mi się większe stypendium.
Tu mała dygresja skierowana do studentów wrocławskich. Zwróćcie kiedyś uwagę jaki to pomnik stoi w centrum kampusu politechniki. Niby miał symbolizować jedność, ale zdania są podzielone. Moim zdaniem idealnie oddaje tę piramidę. Setki małych klocuszków wspierają kilka większych, a te na samej górze dzwigają jeden wielki monolit górujący nad wszystkimi. Wprawdzie kilka "krzywych" klocuszków wypadło poza tę wymowną strukturę, ale nimi nikt sobie głowy nie zaprząta. Po prostu nie dało się ich w całośc wkomponować i tyle.
Najbardziej zastanawiający jest w tym wszystkim fakt, że zarobki na naszym uczelniach są skandalicznie niskie i przeciętny student po dobrych (i co najważniejsze potrzebnych) studiach, zatrudniony w komercyjnej firmie zarabia więcej niż doktor habilitowany, a jeżeli awansuje na pierwszego w kolejności menedżera, może się już pod względem miesięcznych poborów równać z profesorem zwyczajnym. A więc ten tort do podziału jest co najmniej lichy, co czyni całe zjawisko wręcz kuriozalnym. Niektórzy studenci widzą to od razu, po kilku miesiącach tej przepychanki. Ci kończą studia "aby zaliczyć" i walą do przemysłu i podejmują zwyczajną, normalną pracę. Inni chcą coś osiągnąć, mimo wszystko zdobyć tę przereklamowaną wiedzę w nadziei, że być może uczyni ich w przyszłości atrakcyjniejszymi pracownikami. I tak się często dzieje, jeżeli ich środowisko akademickie nie jest zupełnie zdegenerowane i ma przed oczyma szczytne ideały, a oni sami potrafią patrzeć na rzeczy z różnych stron i wynalazcy i biznesmena i konsumenta. Tacy najczęściej osiągają sukces. Najgorzej mają bezwarunkowo Ci, którzy albo obawiają się egzystować "bez trzymanki" na rynku pracy, albo wiążą z karierą naukową zbyt duże nadzieje i zostawszy w tym bagnie w pewnym momencie, będąc już w wieku średnim stwierdzają, że nie godzą się z tym feudalnym systemem. Na przeskok do przemysłu jest już trochę późno, bo ich umysł przywykł do innej rzeczywistości, a w tym wieku człowiek już nie jest tak skory do zmian w swojej postawie i myśleniu. W efekcie musieliby przeżywać wiele frustracji, bo tam, na zewnątrz, gdzie tytuły nie grają aż tak dużej roli, zaczynaliby prawie od zera. Z kolei kiszenie się w uczelnianym sosie może zaprzepaścić ich szansę na uprawianie nauki przez duże "N" na zawsze. Choćby dlatego, że znajdą się w słabszej koterii i nie otrzymają wystarczających funduszy na swoje plany.
A jak to wygląda od strony przemysłu? Przemysł osadzony jest głównie w biznesie (wyłączając ten "państwowy", strategiczny, czy koncesjonowany, ale to temat na inny artykuł) i tam liczy się przede wszystkim zadowolenie klienta, mierzalne w monecie. Taki przemysł z nieufnością spogląda na świat akademicki, którego ta kwestia zdaje się nie interesować. W dodatku klient to człowiek, który kryje się pod szyldem konkretnej firmy i ma on swoje updobania, ograniczenia w myśleniu. Nie zawsze musi ulec roztaczaniu przed nim nowej, lepszej perspektywy, skoro atrakcyjna jest dla niego ciągle stara. W takim biznesowym środowisku też trudno jest uprawiać naukę. W efekcie narosłego przez lata braku zaufania do świata akademickiego przemysł, by pozyskać nowe technologie spogląda raczej ku krajom przodującym w danej dziedzinie i stara się przeniknąć ich plany, lub uszczknąć rąbka tego dużo większego tortu. Jeżeli ma tam swój oddział lub centralę, to przede wszystkim będzie bazował na transferze technologii w obrębie swojej marki. Czym skutecznie ostudzi entuzjazm potencjalnego wynalazcy, który znalazł się w jego szeregach.
Jaka jest więc recepta na twórczą poprawę relacji tych środowisk i w efekcie danie szansy młodym ludziom, którzy chcą wcielić w życie swoje pomysły? Przede wszystkim wprowadzenie wolnego rynku w nauce i zlikwidowania finansowania z budżetu państwa. Niech wygra na rynku jednostka najlepsza. Najlepsza pod każdym względem, a względy te nie są od siebie niezależne. Jednostka otwarta na pomysły z przyjaźnie nastawioną kadrą przyciągnie kreatywnych studentów. Kreatywność studentów połączona umiejętnie z wiedzą ich mentorów przełoży się na osiągnięcia naukowe, co z kolei wywoła zainteresowanie przemysłu i przyciągnie ich pieniądze. Zresztą studenci i ich rodzice są gotowi płacić już na starcie za taką "ważką" wiedzę, byleby się ich pociecha nie zmarnowała. Wiedzę nie tylko akademicką, ale i czysto, nazwijmy to życiową. I oni będą ją musieli od takiej jednostki w rzetelny sposób otrzymać, a nie na "odczep się" jak to obecnie często ma miejsce. W życiu nie zawsze wygrywa najlepszy technicznie. W życiu wygrywa najlepszy. Ten, kto zaoferuje odpowiednio dobry technicznie towar, odpowiednio dobrze go zareklamuje, wzbudzi zaufanie ludzi, zmieni sposób myślenia społeczeństwa. I nie bójmy się o to, że jak to podnosi częśc świata akademickiego, tacy samozwańcy sprzeniewierzą się "prawdzie naukowej". Czymże jest prawda naukowa? Tym, na co przystała odpowiednio duża liczba profesorów, czy tym, co po prostu działa na naszych oczach? I ci "samozwańcy" będą musieli przyswoić sobie prawdy powszechnie znane i wykładane. Także i przez obecnych i poprzednich naukowców. O to bądźmy spokojni. Inaczej nie wygrają wyścigu technologicznego.
Jest to zasada wolnej konkurencji, wolnego rynku. Obecnie nie ma to miejsca. Uczelnie jak wiemy, są koncesjonowane. Przyznawanie stopni naukowych jest przywilejem. Samo przydzielanie stopni jest czymś już nienaturalnym. Służy często wręcz do ukrycia jałowości swoich poczynań. Złośliwi twierdzą, że na uczelniach jest jak w wojsku: "rzucisz im ordery, stopnie i honory, drabinę, po której mogą się wspinać, by stanąć wyżej od innych, a oni zaczną się po niej wspinać za darmochę..." No, cóż. Taka natura ludzka. Ale czy to konieczne? Spójrzmy prawdzie w oczy: czy Edison miał jakieś tytuły, a może Werner von Siemens? To może bracia Wright, a może Karl Benz? Niemniej prestiżu im nie można odmówić. Po prostu szanujemy ich za to, co zrobili dla techniki, dla nauki, dla ludzi.
Koncesje pozwalają jednak egzystować tym zamkniętym klanom, a nawet czerpać zyski. Znalazłem się w koncesjonowanej placówce naukowej, na posadzie, otrzymałem tytuły, więc mogę wydać na przykład skrypt do matematyki, podpisać się swoimi honorami i nazwą uczelni. Lub zorganizować konferencję, schlebić swoim poplecznikom, a wszystkich innych odpędzić, ośmieszyć, skompromitować, jako "szarlatanów" powiększając tym swoje zyski i siejąc dezinformację wśród potencjalnych odbiorców. A w drodze łaskawości "naprostować" swojego wasala, który w zaciszu swojej pracowni wynalazł nowy lek, nowe źródło energii, czy nowe prawo. I słyszy potem abitny młody naukowiec: bez tytułów, panie kolego, nikt do tego nie podejdzie poważnie. Musisz pan mieć wpierw kilka "poważnych publikacji". No i zakłada mu się jarzmo na kark, pan feudał podpisuje się pod znojem swojego asystenta, bo przecież to dla jego dobra, bo "bez znanego nazwiska w pobliżu, on się nie wybije". Dlatego potrzebne są wolne od koncesji źródła wiedzy. Nie muszą być darmowe, byleby były niezależne. Temu sprzyjają właśnie takie inicjatywy jak portal wiedzy, e-book, ciekawa strona internetowa. Są dostępne dla rzesz ludzi na całym świecie i pozwalają przede wszystkim działać zasadzie wolnej konkurencji, dokonywać wyboru, dają alternatywę, co prowadzi do zupełnie nowych pomysłów, z których kiedyś skorzystają wszyscy. Czy zauważyliście z jaką wrogością w środowisku naukowym spotyka się wikipedia? Wręcz jest wyśmiewana, jako amatorski "stek bzdur", przez tzw. kręgi naukowe, choć przecież tysiące wikipedystów dzień i noc monitoruje jej zawartość, dodaje nowe hasła, prostuje stare, usuwa powrzucane przez ludzi śmieci. Bo to jest dla NICH zagrożenie. Dlaczego encyklopedia Britanica ma problemy z wydaniem? Dzieło epoki! No tak, ale trochę spóźnione. Inicjatywa okazała się przestarzała, bo nie uświadomiono sobie zmian w ludzkim myśleniu jakie nader szybko wniósł internet. I dlatego wikipedyści wygrają tę batalię. Mimo, że za Britanicą stoją wspomniane kręgi naukowe, a nawet próbuje się nieuczciwej konkurencji w postaci finansowej kroplówki, pod którą ostatnio znalazła się ta inicjatywa. A znalazła się, bo ogarnia nas coraz szerszymi kręgami socjalizm, w którym wspiera się niepotrzebne nikomu przedsięwzięcia. I tu zatoczyliśmy koło. Socjalizm i feudalizm. Póki będziemy trwali w takim "centralnym" myśleniu, póty naokoło będą trwały w najlepsze najwszelaksze monopole, zmurszałe relikty minionych epok, rzucające kłody pod nogi ambitnym jednostkom, wykrzywiające obraz rzeczywistości, generujące frustracje, a kreatywność będzie pustym frazesem. Potrzeba jest matką wynalazków. A kreatywności nie da się nauczyć, nie da się jej wygenerować. Ona po prostu jest. Trzeba ją podtrzymać w zwątpieniu, spojrzeć na nią przychylnie, albo przynajmniej jej nie przeszkadzać.

© Wojciech Marchaj 2005    Powered by Free Site Templates


Podoba Ci któraś z powyższych stron? Chciałbyś mieć podobną? Zrobię taką stronę dla Ciebie!