Darmowa symulacja życia

Rozpocząwszy swą aktywność zawodową, przeżywszy swój okres młodości pełnej gdybań i oczekiwań, snucia domysłów, co mnie czeka w życiu i czy aby na pewno bedzie tak pięknie, jak mi się to zawsze wydawało, postanowiłem zrobić w oparciu o doświadczenia własne i moich rówieśników małą symulację. Polskich warunków życia rzecz jasna.
Postaram się opisać pracownika przeciętnego, acz z wyższym wykształceniem. Jest to miarodajne w pewnym sensie, gdyż pracownik bez wyższego wykształcenia podejmuje prace wcześniej, więc jest pod wzgledem czasowym i finansowym "do przodu", acz jego kariera raczej nie "nabierze rozpędu" w potocznym znaczeniu tego słowa.
Każda konkretna osoba pewnie będzie odstawać od tej średniej w którąś stronę - jestem tego świadom, będę też między wierszami uwzględniał takie odstępstwa. Nasz statystyczny bohater jest człowiekiem przezornym i wybiera drogę edukacji uwzględniającą warunki panujące na rynku pracy, najczęściej kończy lepsze bądź gorsze studia, ale jednak studia, otrzymuje tytuł licencjata, inżyniera, najczęściej magistra. Być może jest to kierunek techniczny, być może medycyna, prawo, administracja, reklama. W każdym razie coś, na co jest zapotrzebowanie. Niekoniecznie na dobrej uczelni, ale jeśli nie, to nadrabia własną pracą tudzież pogłębianiem zainteresowań na własną rękę. Przyjmujemy, że nie pracuje w trakcie studiów (przypominam, że zakładamy normalność), ma się uczyć, to skupia się na nauce, acz nie znaczy to, że nie podejmuje działań mających go przystosować do późniejszego życia zawodowego, tj. praktyk, zewnętrznych szkoleń, stypediów zagranicznych itp. Zakładamy też, że nauczył się skutecznie w ciągu swojej edukacji przynajmniej jednego języka obcego.
Osiąga tym samym wiek średnio 25 lat. Wprawdzie licencjat jest gotowy do podjęcia pracy wcześniej, ale zawsze może się zdarzyć jakiś przestój w postaci odwleczenia obrony, czy też wyjazdu na zagraniczne stypendium i związanych z tym perturbacji.
Zaczyna swoją pracę w wieku 25 lat. Przyjmijmy, że dostaje ją od razu. Na więcej niż 2500 zł nie może liczyć, na rękę (tak będziemy przyjmować w dalszych dywagacjach - netto - gdyż, jak powiadają, podawanie wynagrodzenia brutto to jak podawanie długości penisa razem z kręgosłupem). Podeprę to tym, że żaden z moich znajomych zarówno po studiach technicznych, informatycznych nie osiągnął więcej na wejście, że o medykach i humanistach nie wspomnę. A zatem podejmuje pierwszą pracę.
Jest "kolesiem zaraz po studiach", który - wszyscy w nowo szturmowanej przez niego korporacji to przyznają -musi się wykazać. No i się wykazuje. Pisze prezentacje w Power Poincie, mozolnie przelicza excelowe arkusze, programuje, co popadnie, czyli ogólnie wykonuje tę pracę, której nikt ze starszych już by się nie podjął.
Zakładamy przy tym, że gdzieś w trakcie studenckich szaleństw poznał swoją obecną dziewczynę (tudzież ona poznała chłopaka), z którą planuje swoją przyszłość, acz na razie żyją "na kocią łapę".
Zakładamy, że oboje są w tej samej sytuacji, to znaczy razem mają 5000 zł i są samodzielni. Przekłada się to na fakt, że być może mają ciut więcej niż reszta, ale tylko dzięki własnej pracy i wytrwałości. Tym samym minimalizujemy pomoc ich rodziców. Średnio wychodzi na jedno, ci, którym pomagają w istotny sposób zamożni i chętni rodzice mogą sobie pozwolić, by ze znalezieniem pierwszej pracy nieco zamarudzić, posmakować wolontariatu, czy nie walczyć o swoją pierwszą pensję.
Przyjrzyjmy się po krótce ich budżetowi. Przyjmujemy, że pochodza raczej z mniejszej miejscowości, może niekoniecznie wioski, grunt, że musieli na studia udać się do większego miasta i tam wynająć z początku pokój, no ale odkąd są dłużej razem wynajmują małe mieszkanie. No i na dzień dobry muszą na wynajem tego mieszkania wydać minimum 1500 zł miesięcznie. Czy to będzie kawalerka w centrum, czy dwupokojowe na peryferiach, nawet jeżeli praca nie wiąże ich ściśle z akademickim miastem, z tą sumą trzeba się liczyć.
Ponieważ jedzą, to do ich budżetu należy doliczyć 1000zł. Zakładamy, że nie jedzą chleba ze smalcem, choć też nie szaleją. Oznacza to zakupy raz w tygodniu za 200zł no i coś tam jeszcze na okazjonalny lunch w pracy, czy drobiazg w kantynie.
Zakładamy, że mają jeszcze ze studenckich czasów jakieś wieloletnie auto, do którego muszą zalać miesięcznie za powiedzmy 400 zł (jeżdżą nim do pracy, albo razem, albo jedno z nich.) Do komunikacji należy jeszcze doliczyć ze 200 zł, na bilet miesięczny drugiego jeżeli jeżdźą w różne strony, tudzież na jakieś drobne okresowe naprawy.
Muszą się w coś ubrać, zakupić jakiś kosmetyk, czy potrzebną rzecz do domu (na przykład chemię). To daje 500 zł miesięcznie. Wiadomo, nie w każdym miesiącu tyle idzie, ale jak przychodzi zima i trzeba kupić porządniejsze buty, czy płaszcz to tyle wyjdzie średnio. Czyli już mamy 1500 + 1000 + 600 + 500 = 3600.
Niby zostaje 1400 miesięcznie, które możnaby odłożyć, ale to pozory. Doliczmy wydatki roczne: OC samochodu, przegląd, od czasu do czasu dentysta lub inny lekarz + lekarstwa, zepsuta pralka, wreszcie skromne tygodniowe wakacje w jakimś pensjonacie, czy na Majorce z last minute. Razem powiedzmy 6000zł, czyli 500 zł na miesiąc.
Tylko że, poza tymi wakacjami, to są to ciągle rzeczy potrzebne człowiekowi, by jadł, spał, odział się i dojeżdżał do pracy. Chyba nie o to chodzi? No dobrze, dorzućmy naszym młodym ludziom, jeszcze trochę "luksusu" w postaci dwóch wyjść miesięcznie do kina, czy na pizzę, jakiegoś sylwestra w górach, jakiś sport typu okazjonalny basen zimą, czy siłownia, trochę drobnych podarunków na okazję... To powiedzmy daje dodatkowe 300 zł miesięcznie. Razem z internetem, czy rachunkiem za dwie komórki, żeby chociaż uzgodnić, co dokupić po pracy do obiadu mamy 500 zł. Zostaje 400 zł, które można miesiąc w miesiąc odkładać.
Może ktoś zwrócić uwagę, że przecież w ciągu roku są jeszcze premie świąteczne, bonusy za nadgodziny itp.
No tak, ale zakłądaliśmy normalną pracę, a nie wracanie o 22-giej, poza tym na te dodatkowe pieniądze, są dodatkowe, nieprzewidziane potrzeby (przypominam, że to nie to samo co okresowe, dentysta do nich nie należy, ani zepsute agd w domu) poważniejsza naprawa samochodu, bądź kolizja, mandat, garnitur na okazję, nowy komputer potrzebny do pracy, poważne problemy ze zdrowiem, itp.
Nic dziwnego, że z 400 zł odkładanymi miesięcznie, to o mieszkaniu można zapomnieć (trzeba by odkładać jakieś 60 lat, czyli w sam raz, żeby od razu zostawić wnukom, bo dzieci, na które ich oczywiście jeszcze nie stać, się nie załapią.
Zatem pozostaje tyrać, zdobywać doświadcznie i łudzić się, że kiedyś będzie lepiej. No i wreszcie po 2-3 latach można o sobie powiedzieć, że ma się jakieś tam doświadczenie i poszukać lepszej pracy.
Wreszcie, po długich poszukiwaniach i łażeniu na rozmowy kwalifikacyjne, dostaje tę upragnioną posadę, trochę lepszej mrówki (mrówki - specjalisty) i ma powiedzmy, a niech mu tam będzie, 4000zł.
Prędzej, czy później jego czy jej druga połówka robi ten sam krok i mają razem już 8000zł no i po 28 lat.
Mogą wreszcie pomyśleć o własnym mieszkaniu, oczywiście na kredyt. Być może podniosą się głosy, że mogli pomyśleć już wcześniej, ale przypominam, że oni mieli nie jeść chleba z serem topionym i jogurtów, bo interesuje nas w tym artykule jakkolwiek pojęta "normalność".
Mieszkanie, przypominam, to nie tylko rata kredytu we frankach 1500 zł. Dlatego, że za mieszkanie często się płaci wcześniej, a odbiera dopiero po roku, lub dwóch, po za tym dochodzi masa "opłat towarzyszących", ubezpieczenie niskiego wkładu własnego, notariusz, prowizja biura nieruchomości, jeżeli to na wtórnym rynku, no i oczywiście wyposażenie.
Wychodzi na jedno - jak u dewelopera - żeby nie zapłącić 350 tysięcy, tylko w miarę "normalne" 250 tysięcy, trzeba rok lub dwa poczekać i płacić za ten czas wynajem. Albo zapłacić prowizje itp. Czyli dochodzi średnio 10000zł rocznie, czyli 1000 zł do budżetu. No to za tę przyjemność jedno z nich już może zapomnieć o swojej podwyżce, bo zostało z niej 500 zł. No ale ciągle podwyżkę ma jeszcze drugie z nich. Więc czekają ten rok i odkładają 2000 miesięcznie. Po roku mają 24000 zł, czyli w sam raz tyle ile będzie ich kosztować wyposażenie mieszkania w kibel, pralkę, kuchenkę, położenie jakiejś taniej podłogi typu panele, zamotnowanie drzwi i ogólnie, aby nadawało się do użytku. Może zostanie na jakiś mebel. Teraz rozważmy tych, którzy kupują na rynku wtórnym. Mogą to zrobić od razu po swojej podwyżce, ale wtedy muszą się zapożyczyć na opłaty manipulacyjne. Biorą niedużą pożyczkę gotówkową, powiedzmy 5000zł na rok, ewentualnie 10000zł, żeby jeszcze zrobić chociaż minimalny lifting tego zakupionego mieszkania (usunąć grzyba ze ścian, zrobić malowanie, wyremontować łazienkę, dokupić jakiś mebel.
Zatem mijają te dwa lata, ci co kupowali od dewelopera mają załatwioną kwestię mieszkania (modulo kredyt na 30 lat rzecz jasna) i tamci tak samo. Spłacenie kredytu gotówkowego zajmuje im rok. Z pozoru ich sytuacja jest lepsza, bo nie płacili za wynajem, tylko od razu zamieszkali, ale z pozoru, bo mają gorszy lokal (niedługo zaczną się problemy ze starymi instalacjami), nie mają miejsca na samochód, tylko trzymają pod chmurką, co sprawia, że szybciej im rdzewieje, czasem ktoś go okradnie itp.
No ale zapomnijmy już o tym. Mają oboje po trzydzieści lat, mieszkanie na kredyt, który spłącają, powiedzmy rata im trochę skoczyła, bo a to frank zdrożał, a to stopy w złotówkach podnieśli, w zależności od swojej waluty. Niemniej mają te 2500 zł "wolnej kasy". Przepraszam, 2000zł, bo przecież czy mieszkanie wynajęte, czy kupne, czynsz trzeba zawsze płacić. Własna chata, to nie znaczy brak wydatków na chatę. Czynsz, rachunki, ogrzewanie własnym opałem, jeżeli to jakaś stara kamienica, remont powiedzmy już uwzględniliśmy.
Zatrzymajmy się w tym miejscu na chwilę, by przyjrzeć się kilku wariacjom tego "standardu". Najpierw spadek po babci. Było niewesoło, bo młodzi nie mieli gdzie mieszkać, ale szczęście w nieszczęściu, babci się zeszło no i pozostała po niej wolna chata. Odpędziwszy konkurencję (spłacono jakimś tam rodzicielskim groszem na czarną godzinę roszczeniowo nastawionych kuzynów i jest. Nasza młoda para, a może i już młode małżeństwo, ma swoje własne M2. Odpada kwestia wynajmu, odpada kwestia kredytu hipotecznego, czyli są jakieś 1500 do przodu. Niby raj na ziemi, co miesiąc 3500 wolnej kasy. Ale nie tak szybko!
Bo co jeżeli ich rodzice nie są w stanie spłącić kuzynostwa, bo powiedzmy wyprawili im za własne oszczędności wesele? Lub odwrotnie, spłacić spłacili, ale wesele młodzi muszą sobie opłacić sami?
Pamiętajmy także, że my "ustawiliśmy ich" w dobrych firmach, na samodzielnych i odpowiedzialnych stanowiskach, gdyż założyliśmy wpierw ich niezależność! Tak być nie musi. Ktoś kto ma w odwodzie rodziców wybiera często studia bez widoków na kasę, z zainteresowania. Muzykologię, polonistykę, geologię, reżyserię czy aktorstwo. A tutaj na dzień dobry nic go nie czeka. Aby uskrobać sobie te 3000 po pierwszych dwóch latach obsługuje dwie szkoły jako nauczyciel, jeszcze dorabiając w jakiejś fundacji, czy świetlicy po godzinach. Ostatecznie ma jakąś tam posadę "akademicką", na przykład adiunkta za, jak dobrze pójdzie, 3000zł. Albo musi podjąć się nawet pracy poza swoim zawodem, a tu już nie ma zmiłuj się, jako ekspedient w sklepie, czy roznosiciel czegoś tam i o takiej kwocie może pomarzyć. Suma sumarum wychodzi na to samo.
A więc średnio, modulo przypadki gdzie komuś się "wiedzie" i kogoś, kto ledwo bieduje do pierwszego, mają średnio te 2000 zł wolnej kasy w wieku 30 lat.
Teraz stają przed ważnym, życiowym wyborem, nowy samochód (stary już się dosłownie rozsypuje), czy... dziecko. Jeżeli ona jest już w zaawansowanej ciąży, to o samochodzie mogą zapomnieć. Wydatki na małe dziecko to minimum dodatkowy 1000 miesięcznie. Więc przy założeniu, że nowy samochód kosztuje kilkadziesiąt tysięcy, musieli by na niego odkładać kilkadziesiąt miesięcy, czyli jakieś 5 lat. To się mija z celem.
Z drugiej strony, jeżeli postawią na samochód, to kupią go powiedzmy w 2 lata, tylko czym do tego czasu będą jeździć? A dzieci? Chcieli mieć przecież dzieci, a wiek 33 lata na urodzenie dziecka, to już trochę poźno...
Decydują się więc na dziecko, dużo radości, ale i nowych obowiązków. Niestety trudno je pogodzić ze starymi (oboje przecież pracują 8 godzin), wynajmują więc opiekunkę do dziecka. Na te kilka godzin dziennie nawet trzeba jej 500zł miesięcznie zapłacić. Do tego postanowili jednak kupić ten nowy samochód (lub używany, ale paroletni) na kredyt. A więc nowe obciążenie dla budżetu: opiekunka 500zł, inne wydatki na dziecko (kleiki, śpioszki, wózek, lekarz) 500zł, rata za samochód 600zł.
No i podwyżkę diabli wzięli, zostało znowu 400zł, które postanowili wrzucić w trzeci filar, gdyż okazało się, że drugi to fikcja, bo tylko straty przynosi, zresztą ich dzieci nic po nich z tego tytułu nie odziedziczą, a ZUS, jak wiadomo, jest bankrutem, piramidą finansową, wypłaca obecnym emerytom, ze składek przyszłych.
I znowu mija parę lat. Są oboje w wieku 35 lat, czyli w kwiecie swoich karier. Niby powinni dostać kolejne podwyżki, ale pamiętajmy, że jeżeli po prostu pracują, a nie okopali się na menedżerskich stanowiskach, to są teraz łatwo zastępowalni, bo mają wysokie pobory i jeżeli nie idzie to w parze z dużą wiedzą, bądź specjalizacją, tylko "zasiedzeniem", to można ich zastąpić jakimś prężnym "młodym wilczkiem".
Uśredniając przyjmijmy, że ona awansowała w firmie, dostała znowu, kosztem sporego wysiłku, 1000 zł podwyżki. Jemu się mniej poszczęściło i postanowił znowu zmienić pracę, bo stara zrobiła się nie do zniesienia. Nowa okazała się nieco mniej płatna, bo trochę inna branża i musiał się od nowa wykazywać, lub co gorsza, przez jakiś czas był bez pracy. Przyjmijmy jednak, że suma sumarum udało im się zwiększyć swoje miesięczne pobory o 500zł.
Opiekunkę zmienili na przedszkole, samochód się jakoś spłacił i mają dodatkowy 1000zł. Po dziesięciu latach pracy stwierdzają, że coś im się przecież od życia należy, dziecko zostawiają u teściów, lub też i wspólnie wybierają się na dłuższe zagraniczne wakacje, za odłożone przez rok pieniądze (ten dodatkowy tysiąc). Kupują sobie zestaw kolumnowy do słuchania jego kolekcji płyt, ona kupuje lepsze kosmetyki, czasem zafunduje sobie gabinet odnowy.
Przez jakiś czas mogą trochę odetchnąć, dopóki ich dziecko nie podrośnie. A to i ubrań trzeba więcej kupować, bo grymasi, a to wyprawka do szkoły, a to zabawki. Właściwie z tego tysiąca, nic nie zostaje.
Tu zatrzymajmy się po raz kolejny. Mają już po 40 lat.
W miarę podrośniętego potomka, który zaczyna wchodzić w "zły" wiek. Ma spore wymagania, by dorównać swoim rówieśnikom pod względem własnego komputera, ciuchów, roweru.
Oni mają w miarę ustabilizowaną pozycję w swoich firmach, ale prawie wcale wolnego czasu. Jak jest wolny weekend, to albo trzeba coś zrobić w domu, albo nadrobić zaległości z pracy, albo pojechać rodziną na zakupy do marketu. Nie mają żadnych oszczędności.
Mieszkanie nie jest ich, spłacili na razie tylko około 20 % jego wartości i dużo odsetek, właściwie mają tylko ten paroletni już samochód (jeżeli był nowy w momencie kupna). Pewnie dadzą sobie jakoś radę. Odchowają swoje dziecko i jeżeli nie zejdzie na złą drogę, pójdzie w ich ślady. Nie odłoża już większej sumy pieniędzy. Zostało im średnio dwadzieścia lat do emerytury. Przez kolejne piętnaście będą musieli utrzymywać swoje dziecko, aż skończy studia. A więc, zakładając, że kredyt spłacają do emerytury, będa mieli góra pięć lat, by "nacieszyć się życiem" jeżeli nie udało im się to wcześniej. Ale to nie będzie 5 lat w sile wieku. To będzie tuż przed sześćdziesiątką, kiedy już się zaczną problemy z sercem, cholesterolem i inną cholerą. Potem - zasłużona emerytura. Ale - bez żadnych kokosów. Nawet jeżeli założymy, że ZUS okradnie kolejne pokolenia Polaków, by wypłacić im te minimum, które pozwoli opłacić im czynsz za mieszkanie, rachunki, zjeść i przyodziać się, to więcej będą mieć tylko to, co kiedyś wrzucili w swój trzeci filar, ale nie będzie tego dużo: 400 zł przez 20 lat plus jakiś tam procent. Ale wystarczy, w końcu w Polsce mężczyzna po przejściu na emeryturę żyje średnio 5 lat.
Trochę to wszystko przygnębiające, nieprawdaż?
Doszliśmy do tego, że wprawdzie dadzą sobie radę i nawet wychowają dziecko, ale poza wegetacją, nie będą mogli pozwolić sobie na nic materialnie droższego.
O budowie własnego domu mogą raczej zapomnieć, takich wyrzeczeń tu nie uwzględniliśmy. Są oczywiście pewne momżliwości manewru, zakładają własny biznes i jest prosperity. Albo kosztem wielu wyrzeczeń budują ten niewielki dom za miastem, albo daczę nad jeziorem. Tyle że tak samo możliwe są upadki, problemy ze zdrowiem, z pracą, globalny kryzys finansowy, lub choćby rozkład Twojego kraju, rozpad małżeństwa, bankructwo własnej firmy, ciąganie po sądach.
A nas interesuje obraz uśredniony. I ten jest klarowny. Jeżeli nie zdołasz sobie wypełnić życia czymś innym niż pieniądzem, albo nie zarobisz go cięższą niż przeciętna pracą, lub własną głową, czeka Cię co najwyżej to, co wyżej opisałem. A może się pomyliłem w obliczeniach? Może coś przeoczyłem, przesadziłem? Sprawdźcie sami, czekam na komentarze.
Są czynniki na plus i minus, od Ciebie zależne i nie. Jak się skumulują: będziesz miał pecha i będziesz lekkomyślny - czeka Cię upadek. Jeżeli będziesz przezorny, to zniwelujesz skutki negatywne od siebie niezależne. W najlepszym razie, dzięki swojej pracy i odrobinie fartu - osiągniesz więcej.
Czy ja powiedziałem coś nowego? Chyba nie, poza tym, że właściwie nic się Ci od życia nie należy i własną bezwładnością nie czeka Cię żaden sukces. Jesteś kowalem swego losu! DO ROBOTY!

© Wojciech Marchaj 2005    Powered by Free Site Templates


Podoba Ci któraś z powyższych stron? Chciałbyś mieć podobną? Zrobię taką stronę dla Ciebie!